POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 43 (2164) z dnia 1998-10-24; s. 88-89

Społeczeństwo

Katarzyna Sułek

Igłą w grypę

Grypa doświadczonego menedżera może kosztować bogaty koncern więcej, niż zaszczepienie całej załogi. Epidemia w dużym zakładzie pracy to nie tylko konieczność wypłacania zasiłków chorobowych, ale także groźba milionowych strat wynikających z ograniczenia lub nawet zatrzymania produkcji. Zarówno przemysłowi giganci, jak i szefowie dużych biur oraz wojsko i policja, korzystając z zachodnich wzorców, nie żałują pieniędzy na antygrypową profilaktykę.

Siejące spustoszenie lokalne epidemie grypy co roku przetaczają się przez biura i fabryki - powodując ogromne straty finansowe. Jeden kichający zagrypiony pracownik prawdopodobnie zarazi wszystkich dookoła. Wirusy grypy są niezwykle przebiegłe - chory zakaża innych już na dobę przed tym, kiedy poczuje się naprawdę chory. Rozprzestrzeniają się drogą powietrzną razem z cząsteczkami rozpylanymi podczas kichania i kaszlu. Są wszędzie tam, gdzie zakażeni ludzie: w tramwajach, samolotach, kinach, kolejkach na poczcie i w banku. Widmo pustoszejących za sprawą grypy biurowców i fabryk przeraża pracodawców. Dlatego coraz chętniej fundują swoim pracownikom szczepienia przeciwko grypie.

zobacz także: Jak walczyć z wirusem?

Pieniądze zainwestowane w szczepienia, które notabene traktuje się jako koszt uzyskania przychodu firmy, zwracają się pracodawcy z nawiązką. Po pierwsze nie wydaje wówczas pieniędzy na zasiłki chorobowe dla pracowników (jeśli choroba trwa krócej niż 35 dni wypłaca go właśnie pracodawca) i unika strat związanych ze spadkiem produkcji. Badanie przeprowadzone w Zakładach Azotowych w Puławach w sezonie grypowym 1996/97 pokazało, że zaszczepieni pracownicy nawet czterokrotnie rzadziej niż ...