POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 21 (2505) z dnia 2005-05-28; s. 116-121

Na własne oczy

Marek Nowak

Igrzyska w muzeum rewolucji

Zegar przed Muzeum Narodowym odmierza czas do igrzysk olimpijskich w Pekinie (2008 r.). Chińczycy pstrykają mu zdjęcia miniaturowymi aparatami. Zagraniczni turyści wyciągają cyfrówki. I jedni, i drudzy odwrócili się plecami do placu Tiananmen. Pieniądze i igrzyska więcej dziś znaczą niż komunizm czy demokracja.

Górska wioska Ainów, jednej z chińskich mniejszości etnicznych; rzeka oddziela ją od Birmy. Wczesnym rankiem z domów wymykają się kobiety, mężczyźni i dzieci. Wędrują w krzaki nad rzekę. Na ten widok świnie podrywają się z legowisk i drobnym truchtem biegną za ludźmi. Kucający odganiają patykami co bardziej niecierpliwe zwierzęta.

Cztery godziny lotu samolotem na północny wschód leży Pekin. Najbardziej reprezentacyjny punkt stolicy to plac Niebiańskiego Spokoju (Tiananmen) i brama do pocesarskiego Zakazanego Miasta. Mao Zedong dobrodusznie patrzy na turystów z kilkumetrowego portretu na murze.

Niedaleko bramy sklep z pamiątkami i ubikacje. W łazience wypucowane kafelki, papier toaletowy, zapach jaśminu; zachodnie muszle toaletowe i przytłumiona chińska muzyka. Dwie sprzątaczki co pięć minut pucują podłogę. Wyprężony odźwierny ma mundur z błyszczącymi guzikami i biały ręcznik na przedramieniu.

Szalety mają pachnieć

Toalety to sprawa, o której nie mówi się publicznie – grzmi przed rozpoczęciem Światowego Szczytu ...