POLITYKA

Czwartek, 19 lipca 2018

Polityka - nr 22 (2352) z dnia 2002-06-01; s. 66-68

Gospodarka

Piotr Pytlakowski

Ile ciągnik wyciągnie

Ursus także chce pieniędzy z budżetu państwa

O fabryce ciągników w Ursusie ostatnio przycichło – to dobrze czy źle? To cisza przed burzą – ostrzegają ludzie do niedawna związani z zakładem. Najpierw Ursus dostanie nowy zastrzyk gotówki ze Skarbu Państwa, a zaraz potem firmę się sprywatyzuje. W ten sposób publiczne pieniądze wpadną do kieszeni kilku cwaniaków.

Ursusem rządzi dziś Stanisław Bortkiewicz. Szefem Zakładów Przemysłu Ciągnikowego Ursus SA został w grudniu 1997 r. z nadania lidera związkowego Zygmunta Wrzodaka, dziś posła Ligi Polskich Rodzin. Wtedy nominację Bortkiewicza uważano za typowo polityczną, bo, argumentowano, niby jakie kwalifikacje przemawiają za człowiekiem, który wcześniej był lekarzem pediatrą w Ostródzie, potem prowadził małą hurtownię, a biznesu uczył się od Feliksa Siemienasa, którego metody na sukces w interesach analizowało przez lata kilka prokuratur? Kiedy Wrzodak ściągnął do Ursusa Bortkiewicza, komentowano, że car ma swojego Rasputina. Wrzodak obdarzył lekarza z Ostródy zaufaniem do tego stopnia, że przystał nawet na jego plan redukcji załogi, chociaż wcześniej na każdy taki pomysł reagował jak diabeł na święconą wodę.

Kiedy Stanisław Bortkiewicz obejmował funkcję prezesa, fabryka zatrudniała 12 tys. pracowników. Dzisiaj ZPC Ursus i jej spółki-córki mają na stanie niecałe 1350 osób. Z gierkowskiego molocha, który miał docelowo produkować 100 tys. traktorów, pozostało niewiele. W ub.r. z trudem udało się zmontować 2 tys. ciągników. W tym roku z taśmy zejdzie zapewne niewiele więcej. Państwową fabrykę zmieniono w spółkę o nazwie Zakłady Przemysłu Ciągnikowego, gdzie Skarb Państwa ma 49 proc. akcji, 19 proc. należy do państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu, a resztą dysponują wierzyciele i pracownicy. Ursus pozbył się już balastu w postaci terenowych filii. Kolejno upadły zakłady w Sulęcinie, Włocławku i Gorzowie. Pozostałe należą w 100 proc. do ARP albo zostały sprywatyzowane. Fabrykę w Ursusie poszatkowano na kilkanaście różnych części. ZPC jest spółką-matką, do której należą spółki-córki z ograniczoną odpowiedzialnością. Najważniejsza z nich to Fabryka Ciągników sp. z o. o. Teraz, jak twierdzi prezes Bortkiewicz, przyszedł już czas na prywatyzację poszczególnych segmentów. Kiedy to się dokona, czapa w postaci ZPC Ursus zniknie.

Dotychczas prywatyzacji przeciwstawiał się przewodniczący Wrzodak. Kiedy w Ursus chciała zainwestować kilkaset milionów dolarów potężna wówczas w tej branży amerykańska AGCO, Wrzodak protestował: nie oddamy obcym ani piędzi. Teraz, kiedy na swój dawny zakład patrzy z perspektywy posła LPR, pogodził się ze sprzedażą swojej związkowej kolebki. Tym bardziej że podobno chętny inwestor jest stuprocentowym Polakiem. – To przedsiębiorca z branży rolniczej, niczego więcej nie ujawnię – informuje prezes Bortkiewicz. Prawdziwy Polak, według prezesa, chce kupić udziały Fabryki Ciągników sp. z o.o. Ile jest skłonny zapłacić, a ile zainwestować i na jakich warunkach – Bortkiewicz nie informuje, tłumacząc wszystko tajemnicą handlową. Twierdzi natomiast, że szykują się kolejne transakcje. Do kupienia ursuskiej spółki Karoseria przymierza się podobno pewna firma hiszpańska, a Hindus, właściciel fabryki ciągników w Indiach, zamierza nabyć produkującą silniki spółkę Eko-Diesel. Jeżeli te plany się ziszczą, Ursus rzeczywiście może na rynku przetrwać. Bortkiewicz podkreśla, że to i tak cud, iż mimo wciąż malejącego popytu na traktory, przy braku barier importowych, fabryka nawet bez inwestorów strategicznych nadal produkuje i sprzedaje ciągniki.

Kto jest właścicielem?

Tymczasem z uzyskanych przez nas poufnych informacji wynika, że Ursus domaga się od Skarbu Państwa 25 mln zł. Poprzednio taki skok na kasę udał się w 2000 r. – dostali wówczas 30 mln na koszty restrukturyzacji i miała to być ostatnia już darowizna publicznego grosza. Wcześniej wielokrotnie długi fabryki umarzano, m.in. w 1994 r. ok. 2 bln starych zł, a w 1997 r. ponad 630 mln nowych. Prezes Bortkiewicz pytany, czy to prawda, że znów domaga się publicznych pieniędzy, początkowo zaprzecza: – Ja nic o tym nie wiem. W końcu przyznaje, że faktycznie wystąpił o taką sumę. Zachowanie prezesa przydaje całej sprawie tajemniczości.

Byli dyrektorzy, dzisiaj oponenci Bortkiewicza, twierdzą, że to typowa strategia uwłaszczenia się na państwowym majątku. Pieniądze z budżetu dokapitalizują spółki-córki, głównie Fabrykę Ciągników sp. z o.o. Wtedy spółki kupią inwestorzy prywatni, ale za mniejszą cenę niż wyniesie państwowa subwencja. Należące w dużej części do Skarbu Państwa Zakłady Przemysłu Ciągnikowego ogłoszą wówczas upadłość, co spowoduje, że wierzyciele, w tym ZUS ze swoimi roszczeniami sięgającymi 300 mln zł, nigdy nie będą zaspokojeni. Akcje ZPC, którymi uszczęśliwiono pracowników, okażą się bezwartościowe. Bortkiewicz z taką wizją rzecz jasna polemizuje. Podkreśla, że jedynym jego celem jest uratowanie Ursusa. Zaangażował się w to przedsięwzięcie i chce je doprowadzić do końca. – Boję się jednego – dodaje. – Przecież ktoś może uwierzyć w najbardziej nawet bzdurny zarzut, minister się obrazi, pieniędzy nie da i wtedy koniec marzeń.

ZPC, w których Skarb Państwa i ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]