POLITYKA

Wtorek, 21 maja 2019

Polityka - nr 8 (2181) z dnia 1999-02-20; s. 30-32

Kraj

Andrzej Szczypiorski

Irytacje zimowe

Pierwsze tygodnie nowego roku pełne były rozczarowań. Wprawdzie rytm zajęć codziennych izolował mnie od spraw publicznych, bo prowadzę życie eremity, oddzielony od świata błogosławionym lękiem starości, który nakazuje skupiać się wyłącznie na tym, co człowiek uważa za najważniejsze, ale jednak nie mogę się do końca wyzwolić z dawnych nawyków i wciąż ulegam rozmaitym irytacjom. Bierze się to z nieuleczalnej choroby na Polskę.

Nie jestem w tym osamotniony, ta choroba towarzyszy od dawna milionom Polaków. Może właśnie dlatego nie mamy prawa narzekać, bo ciągle obchodzi nas coś więcej niż tylko osobisty los. Nasz egoizm jest straszny, lecz jednak trudno przypuścić, by w Warszawie czy Poznaniu zdarzyła się historia tak wstrząsająca, jak wypadek w Hamburgu sprzed kilku tygodni. W Boże Narodzenie roku 1996 zmarł u siebie w mieszkaniu samotny, młody mężczyzna. Przez okna jego pokoju widoczna była z ulicy ładnie ubrana choinka, a na niej kolorowe lampki, które gasły i zapalały się, gasły i zapalały...

Trwało to niemal dokładnie przez dwa lata i nikogo nie zainteresowało, dlaczego ta choinka stoi sobie w oknie mieszkania w kwietniu, lipcu, październiku. Rodzina zmarłego płaciła jego rachunki za czynsz i elektryczność. Ludzie ci przypuszczali, że krewny wyjechał za granicę, a stosunki między nimi od dawna były dość oschłe. Sąsiedzi zastanawiali się początkowo, co w pobliżu mieszkania tak okropnie cuchnie, ale niebawem przykry zapach się ulotnił. Po dwóch latach przypadkowo odnaleziono zwłoki na ...