POLITYKA

Piątek, 23 sierpnia 2019

Polityka - nr 12 (2237) z dnia 2000-03-18; s. 92-97

Społeczeństwo / Obyczaje

Joanna Podgórska

Iść gdzieś dalej

PGR rozwiązano, króliki zjedzono, truskawki wygniły

Za siedmioma pagórkami, za siedmioma powiatowymi drogami, trzy kilometry od najbliższego przystanku PKS żyje 13-osobowa rodzina Klamerusów, która ma wszędzie daleko. Małe wioski dawnego województwa słupskiego po upadku PGR zmieniły się w czarne dziury bez wyjścia.

Klamerusowie mieszkają w popegeerowskim baraku, na 39 metrach kw., bez ubikacji. Śpią po troje w jednym łóżku. Inaczej się nie da. Nawet gdyby ktoś podarował im jeszcze jedno łóżko, nie byłoby go gdzie wstawić. Wieczorem, gdy Maria Klamerus obmyje w miednicy młodsze dzieci, szykuje kanapki na śniadanie. Musi wstać po piątej, żeby napalić pod kuchnią i zagotować wodę na herbatę. Potem budzi dzieci – o 6.45 muszą być na przystanku. Jest jeszcze ciemno, gdy schodzą się z całej wsi Przebędowo pod metalowy krzyż. Tam dojeżdża traktor z przyczepą, który dowiezie je do drogi, gdzie przesiadają się do gimbusa. Najmłodsze, z klas 0–III, docierają do szkoły w Wolini o 7.20 i czekają do 8.00 na rozpoczęcie lekcji. Starsze jadą dalej, do Pobłocia.

Rano w domu jest zimno. Opalane drewnem piece stygną szybko. Maria Klamerus nie może sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz widziała węgiel, zdaje się, że w 1992 r. Gdy wyprawi do szkoły czwórkę dzieci, ceruje ciuchy i obiera wiaderko kartofli na obiad. Dziś będą z sosem musztardowym (musztarda, ...