POLITYKA

Poniedziałek, 19 sierpnia 2019

Polityka - nr 31 (2309) z dnia 2001-08-04; s. 24-26

Kraj

Janina Paradowska

Izba ratunkowa

Senat nagle polubili politycy, którzy mają małe szanse na Sejm

Układanie list poselskich wywoływało emocje, liczne konflikty, a nawet prawdziwe wojny podjazdowe. O senatorach debatowano niewiele. Gdyby nie inicjatywa powołania bloku postsolidarnościowego, można było odnieść wrażenie, że w tej kampanii wyborczej więcej mówi się o konieczności zlikwidowania Senatu niż o kandydatach do drugiej izby parlamentu. Tymczasem Senat jest i będzie, co oznacza, że 23 września trzeba wybrać także stu senatorów.

W senackich przedbiegach najwięcej emocji – dość nieoczekiwanie – wyzwoliło Polskie Stronnictwo Ludowe, które twardo stawiało na reżysera Bogdana Porębę (ongiś Stowarzyszenie Grunwald). Ostatecznie weto tej kandydaturze postawił Ryszard Bugaj, przygarnięty na listy ludowców. Przymierzano też na nie Henryka Derkowskiego, sympatyka narodowca Tejkowskiego, skazanego za fałszowanie podpisów wyborców jeszcze w 1997 r. (zbierał wówczas podpisy dla Polskiej Wspólnoty Narodowej). Tak to już bywa, gdy gorączkowo chce się rozszerzać partyjny front przygarniając wszystko co po drodze, a nawet nie po drodze.

Na razie do senackich wyborów przygotowane są w pełni dwa obozy. Sojusz Lewicy Demokratycznej, który przedstawił swoją listę stu kandydatów i postsolidarnościowy blok Senat 2001, wymyślony kilka miesięcy temu przez Krzysztofa Piesiewicza. Wymyślony w obliczu klęski. Badania opinii publicznej pokazują bowiem w sposób jednoznaczny, co mogłoby się zdarzyć. Otóż, jeżeli naprzeciwko setki kandydatów Sojuszu stanęłoby pospolite ruszenie różnych partii oraz zgłaszająca się zwyczajowo grupa senatorów niezależnych, to efekt byłby taki, że SLD zdobyłoby prawie 90 proc. miejsc. Wszystkie symulacje przedwyborcze pokazują bowiem, że ...