POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 34 (2207) z dnia 1999-08-21; s. 20-22

Kraj

Jerzy Bralczyk

Ja pobruszę, a ty poczywaj

Polszczyzna nie najlepiej się zaczęła. Pierwszym polskim zdaniem była albo propozycja pewnego Czecha (daj, ać ja pobruszę, a ty poczywaj - tak jakby Polacy sami nie mogli wymyślić pierwszego zdania), albo nikczemna tatarska prowokacja pod Legnicą (biegajcie, biegajcie) - użyta, by wzbudzić u Polaków panikę, albo pełne żalu gorze się nam stało Henryka Pobożnego - tuż przed śmiercią. Ale nie zamierza się kończyć.

W ostatnich miesiącach dwa wydarzenia z dziedziny języka wpłynęły na ożywienie mediów i umysłów: wydanie "Nowego słownika poprawnej polszczyzny PWN" pod redakcją Andrzeja Markowskiego i uchwalenie przez sejm Ustawy o języku polskim.

Dyskusja nad słownikiem dotyczy przede wszystkim uwzględnienia znanego językoznawcom-normatywistom założenia dwustopniowości normy językowej: obok normy wzorcowej, do tej pory powszechnie uznawanej za jedyną, dopuszcza się normę niższą, potoczną - do której stosować się możemy w naszych codziennych wypowiedziach, a która nie jest tak restrykcyjna i umożliwia mówienie "tak, jak się mówi". Istotą tej zmiany jest próba opanowania "szarej strefy" języka, dążenie do tego, by, skoro norma wysoka jest dla wielu nieo-siągalna, istniała ona jako ideał, do którego zmierzać wypada, ale którego niestosowanie na co dzień nie powinno frustrować. Za to poniżej normy niższej, oswojonej i określonej, schodzić nie wypada. Głównie jednak wprowadzenie "podwójnej normy" jest świadectwem uwzględnienia tego, co w języku zmienia się w naturalny sposób, bez udziału i woli różnych stróżów języka, często samozwańczych. Jeśli setki ludzi wydeptują trawnik tam, gdzie ścieżki nie było - ścieżka już jest.

Dyskusja nad ustawą, co naturalne, dotyczyła nie tyle najważniejszych dla niej rzeczywistych unormowań prawnych związanych z używaniem języka polskiego w obiegu urzędowym, prawnym i handlowym, ile tych jej punktów, które odnosiły się do od dawna częstych przedmiotów dyskusji: wulgaryzacji i prawa do istnienia w języku nowych zapożyczeń. O ile słownik odebrano powszechnie jako objaw postępującej i czasami może nieuzasadnionej tolerancji dla językowych innowacji i odstępstw od surowo pojmowanych norm, ustawę uznano za przejaw próby zawłaszczenia prawa do języka przez suche i oderwane od życia przepisy, których naruszanie wiąże się z restrykcjami.

Zamach na wolność?

Ustawa (której historia liczy już kilka lat i która wersji miała wiele) i dyskusja nad nią uświadomiła wielu polskojęzycznym obywatelom, że oto mają coś, nad czym mają władzę, co jest niezaprzeczenie ich własnością i czego ograniczanie jest zamachem na ich wolność. Nie państwo będzie mi mówić, jak mi mówić! A oprócz tego, dzięki dobremu humorowi polityków i dziennikarzy, dyskusja nad ustawą ukazała dziwaczność, by nie rzec głupotę, odgórnych biurokratycznych przepisów normujących żywe działania oraz wyższość zdrowego rozsądku nad wymysłami nudzących się niektórych językoznawców i prawników.

Oczywiście ustawa zamachem na wolność być wcale nie miała. Trudno ją też uznać za śmiesznie nonsensowną. Byłaby taką, gdyby, jak wielu uważa, dotyczyła wyrazów, próbowała eliminować z języka zapożyczenia i wulgaryzmy, gdyby wkraczała na teren codziennego prywatnego mówienia. Dotyczy jednak nie wyrazów, lecz tekstów - nie elementów języka (których żadna siła z języka nie wyrzuci, jeśli się tam znalazły), lecz sytuacji komunikacyjnych, czyli sposobu używania tekstów.

W swej istocie odnosi się ona do sfery publiczno-oficjalnej, a ściślej państwowo-prawnej i handlowej. Normuje sposób urzędowania instytucji, organów i urzędów (polski ma być językiem urzędowym), warunkuje ważność spisywanych przez polskie podmioty umów i dokumentów (mają być spisywane po polsku), ustala polszczyznę jako język egzaminów i dyplomów (z wyłączeniem uzasadnionych sytuacji). To wydaje się oczywiste. Ostatecznie głośne były np. sprawy szkód finansowych poniesionych przez polskie strony w wyniku podpisywania umów bez polskiej wersji.

Pewne wątpliwości mogą budzić inne unormowania: obowiązkowa polskojęzyczność informacji i ogłoszeń istniejących w obiegu publicznym, a także nazw towarów i usług, informacji o ich cechach, ofert, reklam, instrukcji obsługi, warunków gwarancji itp. Można dostrzec, że tu ustawa jest skierowana przeciw możliwości dyskryminowania ludzi mówiących wyłącznie po polsku (naprawdę: nie znających angielskiego). Jakkolwiek potrzeba nauki obcych języków jest oczywista, racją tu nie powinno być unikanie niebezpieczeństwa dezorientacji w polskich urzędach i sklepach, a nawet na ulicach. Jeśli ustawa dałaby wielu obywatelom większe poczucie zorientowania i przyczyniłaby się do zmniejszenia ich frustracji, spełniłaby swoje zadanie. Ale ustawę postrzegano, zgodnie z zasadą atrakcyjności informacji, głównie jako zakazującą używania wulgaryzmów i zapożyczeń, której surowość będzie łagodzona tylko jej nonsensownością.

Istotnie, pewne fragmenty ustawy odnoszą się także do ochrony języka, określonej jako m.in. dbanie o poprawność języka i przeciwdziałanie jego wulgaryzacji. Niedobrze się stało, że w wyniku nieprzemyślanie przyjętych sejmowych ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]