POLITYKA

Wtorek, 21 listopada 2017

Polityka - nr 24 (3114) z dnia 2017-06-12; s. 29-30

Polityka

Juliusz Ćwieluch

Jak nie on, to kto?

Walcząc z mafią, prokurator Marek Pasionek nauczył się, że czasem nie ma miejsca na skrupuły. To nie przypadek, że właśnie jemu powierzono śledztwo smoleńskie.

Marek Pasionek mówi o sobie niechętnie. O życiu osobistym wcale. – Proszę mu się nie dziwić, przecież polowali na niego najwięksi bandyci w kraju – mówi Małgorzata Wassermann, dla której Pasionek to wzór prokuratora. – Kiedy zaczynałam swoją przygodę z prawem, prokurator Pasionek był już legendą. Człowiekiem ścigającym i wsadzającym za kratki bandytów, z którymi inni sobie nie radzili. Od początku też walczył o prawdę o katastrofie smoleńskiej, choć utrudniano mu pracę. Jeśli on sobie nie poradzi z tą sprawą, to nikt sobie nie poradzi – dodaje Wassermann.

Druga strona rodzin smoleńskich rolę prokuratora Pasionka widzi w innym świetle. – Barbarzyństwo, jakim są przymusowe ekshumacje wszystkich ofiar, to nic więcej niż tylko tuszowanie własnych błędów. Przecież Pasionek był w Moskwie już trzy dni po katastrofie. Widział, co się tam działo – mówi Paweł Deresz, mąż Jolanty Szymanek-Deresz. – Pytam się: co wtedy zrobił, żeby uniknąć błędów, którymi dziś nas epatuje? I odpowiadam: nic.

Wyrok

Pasionek prokuratorską karierę zaczynał na przełomie systemów. Rodząca się po upadku komunizmu mafia była bezwzględna. Pasionek był jednym z tych, którzy nie bali się rzucić jej rękawicy. W 1998 r. został włączony do pracy nad rozpracowaniem grupy Krakowiaka, którym policja zajęła się już trzy lata wcześniej, podejrzewając go o przekręty w handlu samochodami.

Rozpracowujący go pod przykrywką policjant przeniknął do otoczenia Krakowiaka i z przerażeniem odkrył, że zaplątał się w sam środek jednej z najbrutalniejszych grup przestępczych w Polsce. Po paru latach intensywnego śledztwa do zarzutów przeciwko Krakowiakowi dopisać trzeba było kolejne – planowanie zabójstwa policjanta i prokuratora. Tym drugim był Marek Pasionek.

Bezkompromisowy prokurator oficjalnie chwalony był przez przełożonych. Od 1993 r. rok w rok dostawał nagrody ministra sprawiedliwości. Mniej oficjalnie u niektórych kolegów pojawiały się wątpliwości co do metod, jakimi okupiony był sukces. Kiedy w nagrodę postanowiono Pasionka awansować do Prokuratury Apelacyjnej, kolegium prokuratorów zaopiniowało tę decyzję negatywnie. – Po analizie akt uznaliśmy, że awans bardziej należy się innemu prokuratorowi, który zaangażowany był w tę sprawę dłużej i wykonał przy niej znacznie więcej czynności. Nasza negatywna opinia nie została w ogóle uwzględniona. Już wtedy pan prokurator Pasionek miał mocne zaplecze polityczne – mówi chcący zachować anonimowość prokurator. Decyzję o przeniesienie Pasionka w grudniu 2000 r. do Prokuratury Apelacyjnej w Katowicach podjął ówczesny minister sprawiedliwości Lech Kaczyński.

Desant

Za czasów pierwszych rządów PiS katowicka prokuratura miała etykietę najbardziej upolitycznionej w kraju. Uchodziła za „zbrojne ramię PiS”. To tutaj przenoszono najgłośniejsze polityczne sprawy z całej Polski. Z Łodzi do Katowic skierowano na przykład sprawę lobbysty Marka Dochnala, co do której politycy mieli wielkie oczekiwania. Liczyli, że Dochnal pogrąży elitę politycznej konkurencji. Ostatecznie okazało się, że sprawa Dochnala najbardziej dotknęła prawicową dziennikarkę Dorotę Kanię, którą oskarżono o to, że powołując się na wpływy, wyłudziła od rodziny znanego lobbysty ponad 270 tys. zł. Do katowickiej prokuratury przeniesiono również postępowania dotyczące małżeństwa Kwaśniewskich, sprawę prywatyzacji Lotu. Żadne z nich nie skończyło się spektakularnym wyrokiem, ale miały ogromną siłę medialnego i politycznego rażenia.

Z przykrością muszę przyznać, że zarzuty o upolitycznienie naszej prokuratury nie były na wyrost. Część kolegów świadomie zaangażowała się po jednej z politycznych stron i widać to było po przebiegu ich karier – mówi jeden z katowickich prokuratorów w stanie spoczynku. Katowickie środowisko podzieliło się na ziobrystów i wassermannowców. Młodsi prokuratorzy postawili na Zbigniewa Ziobrę, który w Katowicach odbył aplikację prokuratorską. Pasionek swoje sympatie ulokował po stronie Zbigniewa Wassermanna, którego znał z czasów, gdy był on p.o. prokuratora krajowego, a w nowym rządzie wydawał się murowanym kandydatem na ministra sprawiedliwości. Rzeczywistość zaskoczyła obydwu. Wassermann musiał zadowolić się pustą teką ministerialną i stanowiskiem koordynatora służb specjalnych. Do współpracy ściągnął z Katowic Pasionka, który 12 grudnia 2005 r. został mianowany podsekretarzem stanu w Kancelarii Rady Ministrów.

Na parę tygodni przed ostatecznym upadkiem rządu Jarosława Kaczyńskiego grupa prokuratorów ściągniętych do pracy przez polityków PiS desantowała się do Naczelnej Prokuratury Wojskowej. – Dla PiS to byli bardzo cenni ludzie. Specjalnie pod nich zmieniono ustawę, by na czele prokuratury wojskowej można było postawić cywila – mówi jeden z prokuratorów. I tak naczelnym prokuratorem po raz pierwszy w historii tej instytucji mianowany został cywil – Tomasz Szałek, kolega Pasionka z Katowic. Dziesięć dni po objęciu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]