POLITYKA

Piątek, 17 listopada 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 23-25

Rozmowa Polityki

Joanna Podgórska

Jak osadza się władza

Rozmowa z dr. hab. Marcinem Zarembą o podobieństwach między obecnymi zmianami politycznymi i czasami kształtowania się PRL

Joanna Podgórska: – Coraz częściej słyszy się porównania dzisiejszej Polski do epoki PRL. Przesada, czy władza rzeczywiście sięga po stare klisze?
Marcin Zaremba: – Karol Marks napisał, że jeśli historia się powtarza, to jako farsa. Wystąpienia Jarosława Kaczyńskiego i jego akolitów często budzą śmiech, inspirują memy. Ale sprawa jest bardziej złożona. Jedną z cech charakterystycznych systemów biurokratycznych, także komunizmu, była tajność i poufność. Każde posiedzenie Biura Politycznego czy Rady Miejskiej było poufne; nic nie mogło się wydostać na zewnątrz. Tajność była fetyszem i to wróciło. Nie bardzo wiemy, co robią tacy ministrowie, jak Mariusz Kamiński czy Mariusz Błaszczak. Nie udzielają wywiadów, a jeśli już, to tylko w Radiu Maryja.

Są dwie interpretacje. Albo chodzi o to, by nas stale zaskakiwać, czyli rządzić poprzez niepokój, co władza może jeszcze zrobić. Na przykład przegłosuje nocą jakąś ustawę. Niby jacyś posłowie ją podpisali, ale nikt jej nie czytał. Nie wiadomo, kto ją stworzył. Tak było z podwyżkami w PRL. Spiker „Dziennika” mętnym głosem wyczytywał o 19.30, że od następnego dnia zdrożeją masło i cukier, a ludzie byli zaskoczeni. Ale jest też druga interpretacja – że rządzi nami ekipa, która ma problemy komunikacyjne; że to po prostu nie są lotni ludzie. Gdy popatrzymy na marszałka Sejmu Marka Kuchcińskiego czy Mariusza Błaszczaka, to oni posługują się jakimś zadziwiającym kodem. Opisują rzeczywistość poprzez hasła, nie potrafią jej zdefiniować, nie używają logicznych, racjonalnych elementów, stosują epitety w opisywaniu przeciwników. Mają problemy ze sformułowaniem, o co im chodzi.

Nowomowa?
Tak. Pierwsza interpretacja jest zatem taka, że mamy do czynienia z rządzeniem przez tajność, skryte działania, magię służb, które czuwają, by obywatele mogli spać spokojnie i się nie wtrącali. Druga – że, jak mawiał kiedyś Stefan Kisielewski, mamy do czynienia z dyktaturą ciemniaków. Te interpretacje się nie wykluczają.

W obu przypadkach efekt społeczny jest podobny. Arbitralna władza wprowadza zmiany z zaskoczenia, bez konsultacji, a to rodzi poczucie bezsilności – że mogą wszystko, jak w PRL.
To uczucie nam wtedy towarzyszyło. A efektem był pewien rodzaj fatalizmu; bardzo silnego zwłaszcza po 1956 i po 1968 r. Atmosfera była duszna, Gomułka bajdurzył w długich przemowach, męczył, nudził, ale ludzie mieli poczucie, że nic z tym nie da się zrobić, bo są towarzysze radzieccy. Ten fatalizm stabilizował system. Obywatelom nie chciało się podejmować żadnych działań wspólnotowych, bo po co?

Dlatego dziś tak ważny jest obywatelski sprzeciw. Pamiętam badania zrobione przez „Biuletyn Informacyjny” w początkach 1980 r. Pytano ludzi, dlaczego poszli na wybory; bo córka chce się dostać na studia, bo mam dwa lata do emerytury, bo staram się o paszport. Dziś znów zaczynam dostrzegać takie konformistyczne postawy, i to nawet na wyższych uczelniach. Rektorzy unikają podejmowania decyzji, które mogłyby nie spodobać się władzy. Tłumaczą to – jak za PRL – „obroną substancji”. Nie podskakujmy, róbmy, co władza każe, bo najważniejsze jest dobro placówki. Te konformistyczne, ucieczkowe zachowania, że lepiej się nie wychylać, najpowszechniejsze są w instytucjach, na które rząd ma duży wpływ. Ludzie albo sami uciekają, albo się ich wyrzuca, albo spycha na margines. Różnica z PRL jest taka, że nie mamy jeszcze w każdej instytucji Podstawowej Organizacji Partyjnej. One były wszechobecne, a dyrektorskie stanowiska obsadzano niemal wyłącznie nomenklaturą partyjną.

Przecież to się właśnie dzieje.
Nie aż tak. Dyrektorzy szkół już mogą się bać. Nauczyciele jeszcze niekoniecznie, chyba że skutków „deformy”. Samorządy nie są jeszcze obsadzone przez PiS. Jednak przez te 25 lat nastąpiła decentralizacja państwa. Macki władzy nie wciskają się wszędzie. Ale to zjawisko ma wymiar podwójny. Oprócz władzy, która próbuje nas do czegoś zmuszać, stawiać nas w trudnych sytuacjach, jest jeszcze pamięć społeczna. Na dobrą sprawę Polacy od 1930 r., czyli od rozwiązania Sejmu na wniosek Józefa Piłsudskiego i zesłania opozycyjnych posłów bez nakazu sądowego do Brześcia, żyli w jakiejś formie dyktatury, naginania prawa czy wprost łamania go. Potem okupacja, okres powojenny, gdy likwidowano kandydatów PSL na posłów, jeszcze później stalinizm. W latach 60. władza organizowała pokazowe procesy, choćby Melchiora Wańkowicza. Wyobraźmy sobie dziś pokazowy proces intelektualisty…

Mojej wyobraźni to nie przerasta. Stało się już wiele rzeczy „niemożliwych”.
Może rzeczywiście podobną sytuacją była sprawa doktora G. za poprzednich rządów PiS. W PRL po latach 60. partia odpuściła na chwilę pokazowe procesy, choć w 1976 r. próbowano urządzić kolejny. A później był stan wojenny. W gruncie rzeczy dopiero od dwudziestu paru lat żyjemy w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Dr hab. Marcin Zaremba – historyk i socjolog, adiunkt w Zakładzie Historii XX wieku IH UW oraz Instytucie Studiów Politycznych PAN. Autor książek m.in. „Wielka trwoga. Polska 1944–1947”, „Komunizm, legitymizacja, nacjonalizm. Nacjonalistyczna legitymizacja władzy komunistycznej w Polsce” oraz wielu artykułów historycznych publikowanych na łamach POLITYKI.