POLITYKA

Sobota, 25 maja 2019

Polityka - nr 20 (2350) z dnia 2002-05-18; s. 56-57

Kultura

Jacek Sieradzki

Jak przeżyć czwarty akt?

„Szewcy” według Jarockiego i „Polaroidy” według Augustynowicz

Konstanty Puzyna obwieszczał z emfazą, iż w „Szewcach”, napisanych w 1934 r., wywróżony jest niemal dosłownie przebieg przemian historycznych II wojny i powojnia. Od tej konstatacji minęło już parę dekad, a profetyzm Witkacego pozostał niewyczerpany: pod ukazane w dramacie mechanizmy wciąż daje się podstawiać doświadczenia późniejszych dziejów.

Swoich „Szewców” w Starym Teatrze Jerzy Jarocki zaczyna niejako od końca: od trzeciego aktu; tak też zresztą – „Trzeci akt” – zatytułował spektakl. Bohaterowie wykonali już swe dzieło, przeszli klasyczną drogę wywrotowców: od rewolucyjnej świadomości, przez opór, więzienie, po bunt i przewrót. I oto jest czas spożywania owoców. Wbici w krawaty rezydują w tronowych fotelach; muzealne balaski połączone czerwonym sznurem wyraziście określają ich status. Jeszcze chwilę temu byli rzeczywistymi podmiotami historii. Dziś tkwią na bocznym torze – i wspominają; cała pierwsza część jest serią retrospekcji.

Przygody człeka społecznego

Trzeci akt „Szewców” służył zazwyczaj za pretekst do niewymyślnej satyry: śmiano się z parweniuszy, co obaliwszy burżuazję przywdziewają jej szlafroki i gnuśnieją w dobrobycie. Jarocki czyta dramat w ściślejszym związku z katastroficznym światopoglądem Witkiewicza, w myśl którego ludzkość zmierza do zbydlęcenia i zmechanizowania procesów społecznych, a indywidualności skazane są na izolację i wyginięcie. Trzeba było mieć szewską siłę – i mózg ...