POLITYKA

Niedziela, 25 sierpnia 2019

Polityka - nr 7 (2337) z dnia 2002-02-16; s. 92-96

Na własne oczy

Tomasz Zieja

Jak zeschłe liście

W Skoszynie, niedaleko Nowej Słupi, na obrzeżach Gór Świętokrzyskich, ksiądz Jan Mikos stworzył schronisko dla sędziwych rolników. Zaludnia się ono przede wszystkim zimą, gdy nie dla każdego znajduje się kąt na ojcowiźnie.

Na czas zimowych chłodów ściągają do Skoszyna myszy i ludzie. Myszy chroboczą w drewnianych ścianach schroniska. Ludzi, brudnych, niedomytych, zebranych w bliższej i dalszej okolicy, przywożą radiowozy, pracownicy opieki społecznej. – Wszyscy wiedzą, że ksiądz nie potrafi odmówić człowiekowi w potrzebie – mówi pani Kazia, kucharka.

Starszych pensjonariuszy denerwują często nowi przybysze. Trudni do okiełznania wprowadzają zamęt w codzienny rytuał schroniska.

Smutne kolędowanie

Najpierw – jeszcze w stanie wojennym – była wędrówka po kolędzie. Młody wówczas wikary zaglądał w każdy zakamarek. W jednej z chałup ledwie słyszalny szept: – Tu jestem. Stara kobieta zamknięta w szopie. Na stole zamarznięta woda święcona, którą musiał rozbijać kropidłem. Przeżył więcej takich spotkań.

Potem nadszedł czas wykładów Latającego Uniwersytetu Ludowego w cysterskim opactwie w Wąchocku, w Nowej Słupi, ale i pod kapliczką na Wykusie (podczas okupacji baza partyzantów Ponurego) czy pod bukiem w głębi lasu. Nawiązali kontakty z ówczesnymi opozycjonistami, głośnymi nazwiskami, przez nich – z Zachodem. Pojawił...