POLITYKA

Piątek, 20 kwietnia 2018

Polityka - nr 44 (2678) z dnia 2008-11-01; s. 60-61

Kultura

Tomasz Zalewski

Kariera Nikodema Busha

Dwa i pół tygodnia przed wyborami na ekrany w USA wszedł film Olivera Stone’a „W”, biografia George’a W. Busha. Na ekranie oglądamy dość przerażający portret człowieka, który stał się symbolem degra­dacji prestiżu Ameryki.

Stone to lewicowiec i pacyfista, autor takich dzieł jak „JFK”, filmu „wyjaśniającego” zabójstwo zamordowanego w 1963 r. prezydenta jako spisek Pentagonu, CIA i innych służb specjalnych, czy „Urodzony 4 lipca” o przystępującym do ruchu antywojennego weteranie wojny wietnamskiej. Ma w dorobku rzeczy wybitne, jak nagrodzony Oscarem „Pluton”, i znaczące utwory podejmujące ważne problemy społeczne, jak „Wall Stret”, aktualny dziś znowu pamflet na pazernych bankierów. Popada jednak w uproszczenia, plakatowość i dydaktykę. „W” także nie unika przerysowań, balansując na granicy karykatury.

Film „W” przypomina burzliwą młodość Busha, kiedy to przyszły 43 prezydent żył balangami i podbojami erotycznymi, pił bez umiaru i rozrabiał, a przez studia na Yale i Harvardzie prześlizgiwał się dzięki protekcji taty, ówczesnego kongresmana, ambasadora przy ONZ i dyrektora CIA. Tytułowy bohater, grany znakomicie przez Josha Brolina („To nie jest kraj dla starych ludzi”), zachowuje się jak prymitywny chuligan, nieopanowany i popadający w konflikty z prawem. Ima się różnych zajęć – pracuje w firmie naftowej, startuje w wyborach do Kongresu – ale nic mu nie wychodzi. W rodzinie uznany za nieudacznika i czarną owcę, przyprawia o ból głowy ojca, który całą nadzieję pokłada w młodszym synu imieniem Jeb (późniejszy gubernator Florydy). W połowie lat 80. przeżywa jednak objawienie religijne, zrywa z alkoholem i bierze się w garść. Pomaga w tym też spotkanie i miłość do Laury, przyszłej First Lady. Po objęciu – dzięki koneksjom ojca – kierownictwa drużyny baseballowej w Teksasie, odnosi z nią sukcesy, wygrywa wybory na gubernatora, a w końcu do Białego Domu.

Stone przeplata te retrospektywne wątki z sekwencjami z pierwszych lat rządów Busha, skupiając się na genezie inwazji na Irak. Oglądamy narady w podziemnym „gabinecie wojennym” z głównymi aktorami dramatu. Najważniejsi: wiceprezydent Dick Cheney, minister obrony Donald Rumsfeld i główny strateg polityczny Karl Rove, wmanipulowują intelektualnie bezradnego prezydenta w wojnę, przedstawiając Saddama Husajna jako Hitlera i naciągając informacje o broni masowej zagłady.

Bush przedstawiony tu jest jako bezmyślny prostak, który nie ma ochoty na przeczytanie raportu dłuższego niż trzy strony, a na propozycję zastosowania wobec podejrzanych o terroryzm „spotęgowanych metod przesłuchań”, czyli tortur, reaguje głupkowatym: „przypomina mi to nasze zabawy na studiach” (chodzi o hazing, brutalne rytuały inicjacyjne na amerykańskich uniwersytetach). Bush decyduje się na wojnę, gdyż przedstawiony mu obraz sytuacji pasuje do jego czarno-białej wizji świata, wpojonej mu przez religijnych fundamentalistów, i ponieważ cyniczni doradcy wmawiają mu, że po 9/11 może sobie na wszystko pozwolić na podstawie mandatu 90 proc. poparcia i „prawa wojennego”. Dalszy ciąg znamy.

Filmowy Bush, innymi słowy, to amerykański Nikodem Dyzma. To prawda, jak wypominają recenzenci, że film przypomina chwilami satyryczny program „Saturday Night Live” – tak karykaturalnie zarysowane są niektóre postacie, np. Condi Rice. Jednak niemal cały zgromadzony dotąd materiał dokumentacyjny potwierdza, niestety, że Stone co najwyżej przesadził, ale – na poziomie opisu zdarzeń – w zasadzie rzeczywistości nie zafałszował. Biografie Busha, poza apologetycznymi, opowiadają o jego hulankach, pijaństwach i lenistwie. Stone mógłby nawet dodać więcej, np. epizod z załatwieniem przez tatę służby w teksaskiej Gwardii Narodowej, dzięki czemu „Dubya” uniknął wysłania do Wietnamu.

Ukazało się też sporo książek opisujących kulisy decyzji o wojnie i zachowanie Busha w Bałym Domu, przede wszystkim seria Boba Woodwarda, który miał dostęp do wszystkich protagonistów w zamian za dość oględne potraktowanie prezydenta. Stone podkreśla, że razem ze scenarzystą Stanleyem Weiserem oparli się wiernie na wspomnianych świadectwach (z konieczności dziennikarskich, bo prezydent jeszcze urzęduje i archiwa nie są otwarte). Reżyser bardziej nawet trzymał się faktów niż w innym swoim filmie „Nixon” (1995 r.), o prezydencie, który odszedł w infamii po aferze Watergate.

Pozwolił sobie jednak na ryzykowną psychozabawę. Motywem przewodnim filmu są relacje Busha z ojcem, bohaterem wojennym i spełnionym kontynuatorem politycznej dynastii, który bolejąc nad tym, że jego pierworodny syn obija się bez celu, rzuca mu w twarz: „Jesteś rozczarowaniem dla rodziny”. Junior chce więc pokazać, że tata nie ma racji, a nawet jest od niego słabszy, bo przerwał wpół drogi wojnę nad Zatoką Perską w 1991 r., zamiast dobić Saddama. Jako prezydent prze zatem do wojny, żeby naprawić „błąd” ojca (w rzeczywistości Bush senior nie posiadał mandatu do zajęcia Bagdadu). Bush rzeczywiście miał kompleks ojca i sukcesów młodszego brata; w rozrachunkach poirackich pojawiało się to niekiedy jako domniemane psychologiczne podłoże jego decyzji. Sugestia jednak, że to główna przyczyna nonsensownej wojny, poważna nie jest.

W filmie Bush nie jest postacią antypatyczną, raczej żałosną; Stone wydaje się mu nawet współczuć. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]