POLITYKA

Piątek, 24 listopada 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 64-66

Kultura

Janusz Wróblewski

Kino siódmej generacji

Na najważniejszym azjatyckim festiwalu w koreańskim kurorcie Pusan największą sensację budziły tytuły z Chin, gdzie kino rozwija się w szokującym tempie.

W przeciwieństwie do Europy, gdzie przy każdej okazji wypomina się chińskim władzom łamanie praw człowieka i cenzurowanie wolnego słowa, w Korei o tych sprawach przezornie nie rozmawiano. W kraju, który dopiero niedawno sam otrząsnął się z kultury wojskowej, ma problemy z utrzymaniem demokracji i wie, co to znaczy cena przetrwania, takie sprawy niekoniecznie budzą kontrowersje. Dlatego, zamiast krytyki, padało sporo ciepłych słów pod adresem sterników socjalistycznej gospodarki rynkowej, naśladujących koreańską drogę do kultu pieniądza i hedonizmu.

W niepewnych czasach globalnego kryzysu, szczęśliwie omijającego ten zakątek świata, Chińczycy potrafili zadbać o imponujący rozwój przemysłu filmowego, do niedawna nastawionego głównie na produkcję kostiumowych widowisk oraz propagandowych agitek. W ubiegłym roku w Kraju Środka nakręcono zawrotną liczbę ponad 400 tytułów (bez Tajwanu i Hongkongu), co daje trzecie miejsce w skali światowej, zaraz za Hollywood i Bollywood. Mimo plagi piractwa zyski z dystrybucji przekroczyły w Chinach kilkaset milionów dolarów – aż o 25 proc. więcej, niż wynosi historyczny rekord odnotowany na tamtym rynku. Szybkość i skalę modernizacyjnych przemian jeszcze lepiej ilustruje postęp w infrastrukturze. Przed igrzyskami olimpijskimi poza Pekinem tylko w niewielu miastach działały multipleksy. Teraz jest ich grubo ponad 1500. A to dopiero początek medialnej rewolucji.

Pośrednim skutkiem szokującego tempa rozwoju branży filmowej są znaczące sukcesy chińskiego kina odnoszone na arenie międzynarodowej. Tylko w minionym sezonie Chińczykom udało się sprzedać 19 swoich produkcji aż do 61 krajów. Przebojem stały się dwie części słynnych „Trzech królestw” Johna Woo (w Europie wyświetlano je w mocno skróconej wersji, wypaczającej sens i rozmach widowiska), które upamiętniały obchodzoną niedawno rocznicę 60-lecia powstania Chińskiej Republiki Ludowej. Na najważniejsze światowe festiwale, gdzie promuje się wyrafinowane kino artystyczne, trafiło znacznie więcej, bo 201 filmów. Chińscy reżyserzy wygrywali w tym roku m.in. w Locarno i San Sebastian.

Pokolenie post

Krytycy nie mówią jeszcze o narodzinach nowej szkoły, o pojawieniu się kolejnej, siódmej już generacji filmowców, próbujących mierzyć się z niewiarygodnie szybkim tempem zmian zachodzących w ich ojczyźnie. Niemniej coś jest na rzeczy. Dla następców Zhang-ke Jia („Martwa natura”), Lou Ye („Letni pałac”), Zhanga Yuana („East Palace, West Palace”) czy Wanga Xiaoshuai („Szanghajskie sny”), którzy opisywali w gorzkim stylu, zbliżonym do surowego dokumentu, przemiany obyczajowe niestabilnego społeczeństwa, liczącego obecnie ponad 1,3 mld ludności, wymyślono na razie określenie „pokolenie post”. Bo zasadniczych zmian w poetyckim sposobie prowadzenia narracji ani w fotografii, starającej się uchwycić skutki dyktatu gospodarki wolnorynkowej, nie ma.

Pewną różnicę widać natomiast w doborze tematów i stosunku do historii. Zwłaszcza w podejściu do przeszłości. W mistrzowskiej monografii, opublikowanej niedawno przez brytyjskiego dziennikarza i historyka Jonathana Fenby’ego „Chiny. Upadek i narodziny wielkiej potęgi” (Znak 2009), poświęconej fenomenowi współczesnych Chin, autor przypomina, że „zgodnie z tradycją sięgającą epoki Pierwszego Cesarza historia musi odpowiadać wymaganiom władzy rządzącej. W 1999 r. jednego z profesorów aresztowano i oskarżono o wykradanie tajemnic państwowych, gdy ośmielił się zbierać materiały na temat Rewolucji Kulturalnej”. Na tej samej zasadzie zbadanie masakry studentów protestujących na placu Tiananmen w 1989 r. nie wchodzi w grę.

Filmowcy próbują, oczywiście, obchodzić cenzorskie zakazy i w sposób zawoalowany rozliczać błędy poprzednich ekip, zwłaszcza Mao Zedonga, w czym szczególnie specjalizowała się piąta generacja z Chenem Kaige („Żegnaj moja konkubino”) i Zhangiem Yimou („Żyć”) na czele. Jednak po wyczerpaniu odwilżowej fali ci sławni reżyserzy realizują już tylko superprodukcje w stylu kung-fu, otrzymują lukratywne kontrakty od państwa, zamieniają się w piewców systemu, organizują zapierające dech w piersiach spektakle z udziałem tysięcy tancerzy na otwarcie olimpiady albo zajęci są przygotowywaniem jeszcze bardziej olśniewających atrakcji na przyszłoroczne Expo w Szanghaju. Ciężar wystawiania świadectwa potwornościom minionego wieku, który – jak się oblicza – kosztował życie ponad 100 mln Chińczyków, przejęli młodsi twórcy. Tacy jak Lu Chuan (rocznik 1971).

Chińska Guernika

Ten wyjątkowo zdolny reżyser, autor zaledwie trzech filmów, nakręcił chyba najlepszy dramat wojenny w dziejach Azji, który wywołał zachwyt i poruszenie w Pusan. Czarno-białe, utrzymane w konwencji starych kronik „Miasto życia i śmierci” (w oryginale „Nanjing! Nanjing!”) rekonstruuje przebieg oblężenia Nankinu, letniej stolicy Państwa Środka, przez Japończyków w grudniu 1938 r. Wedle szacunków Fenby’ego, zginęło wtedy od 150 do 300 tys. ludzi. Ich śmierć można porównać z rzezią Warszawy, dokonaną przez hitlerowców w czasie powstania warszawskiego, albo z pacyfikacją getta, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]