POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 39 (2573) z dnia 2006-09-30; s. 4-12

Raport

Piotr SarzyńskiEdyta Gietka  [wsp.]

Klops w wielkim mieście

Powiada się, że mamy świetnych reżyserów, ale nie mamy kinematografii. Bywają wybitni sportowcy, ale brak nam masowej kultury fizycznej. Nie inaczej jest z architekturą. Dobrych projektantów wskazać nietrudno. Ale pejzaż polskich miast przypomina koszmarny sen pijanego urbanisty. Wiele popsuła socjalistyczna zabudowa. Resztę, zamiast chronić, skutecznie dorzyna wolny rynek. A okazałe i piękne budowle, które od czasu do czasu tu i ówdzie powstają, są jak jedwabne łaty na wyświechtanym fartuchu – zamiast ozdabiać, tylko podkreślają mizerię.

Na otwartym przed dwoma tygodniami Biennale Architektury w Wenecji nieustannie mieszały się ze sobą dwa światy. Z jednej strony, przygnębiający obraz ciągnących się kilometrami biedaosiedli, rozrastających się spontanicznie i w zastraszającym tempie pod różnymi szerokościami geograficznymi, od Ameryki Południowej, przez Afrykę, po Azję. I z drugiej – wysmakowanych, przemyślanych i na ogół pięknych projektów budynków, osiedli, miast, w których aż chciałoby się mieszkać i pracować. Gdzie, między tymi skrajnościami, mieści się Polska? Związki z Trzecim Światem wskazać nietrudno: chaos urbanizacyjny, jaskrawe kontrasty bogactwa i ubóstwa, fatalna komunikacja, brak jakichkolwiek całościowych wizji i planów. Bardziej skomplikowana jest ocena tego, jak daleko nam do światowej czołówki. Niemniej spróbujmy.

Co mogą marzenia?

Architektura przypomina trochę odzieżową modę. Mamy więc haute couture – realizacje śmiałe, niezwykłe, powstające jednak nie z myślą o masowym stosowaniu, ale jako estetyczne wizytówki miast, a przy okazji inwestorów. Gmachy, stadiony czy dworce wyglą...