POLITYKA

Sobota, 25 maja 2019

Polityka - nr 5 (2893) z dnia 2013-01-30; s. 42-44

Świat

Roman Frister

Kneset okupowany

Wyniki izraelskich wyborów to sukces ugrupowań buntu, które powstały na fali masowych protestów ulicznych z 2011 r. Premier Netanjahu liczył, że głosowanie wzmocni jego pozycję, ale wygląda na to, że teraz jeszcze bardziej ugrzęźnie w układach koalicyjnych.

Godzinę przed otwarciem lokali wyborczych 22 stycznia premier Beniamin Netanjahu pojawił się przed Ścianą Płaczu w Jerozolimie, aby między kamienie świętego muru włożyć tradycyjną kartkę z pobożnym życzeniem. Kamery telewizyjne śledziły każdy jego ruch. Treści prośby można było się domyślić: o druzgocącą klęskę opozycji. W ostatniej chwili okazało się jednak, że premier zapomniał zabrać ze sobą notes i długopis. Pobożni Żydzi upatrują w tym niedopatrzeniu przyczyny jego niepowodzenia wyborczego.

W rzeczywistości jednak prawdziwym powodem potknięcia był fakt, że już przed wyborami kartka z najgłębszymi życzeniami premiera Izraela zapisana była niewłaściwym tekstem. Dalsza rozbudowa osiedli żydowskich na Zachodnim Brzegu Jordanu, która przygniata budżet państwa ciężarem wielu miliardów dolarów, zajmowała tam znacznie więcej linijek niż podstawowe problemy ekonomiczne przeciętnych Izraelczyków. Takich błędów wyborca nie wybacza. Zamiast spodziewanych 65, a może nawet 70 mandatów, jego koalicja przypuszczalnie będzie musiała się zadowolić 61 posłami w 120-osobowej Izbie Ustawodawczej. Wystarczy, aby ...