POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 19 (2704) z dnia 2009-05-09; s. 77-79

Świat / Eurowybory

Wawrzyniec Smoczyński

Kometa Ganleya

Pół roku temu Declan Ganley wyglądał na pewnego wygranego tegorocznych wyborów europejskich. Dziś szanse jego partii mieszczą się w granicach błędu statystycznego.

Czarny dwurzędowy garnitur w białe prążki, złote spinki i błyszczące buty, w kieszeni najnowszy BlackBerry w skórkowym pokrowcu. Elegancja Ala Capone miesza się z powierzchownością dorobkiewicza: Declan Ganley siedzi na krawędzi fotela, co kilka zdań podciąga mankiety i prostuje szyję w kołnierzyku, jakby krawat w unijnych barwach nieco go uwierał. Jest zajmującym rozmówcą, nie sposób odmówić mu elokwencji, ale trudno też oprzeć się wrażeniu, że próbuje być kimś innym, niż jest naprawdę. – Jestem ostatnią osobą, która chciałaby robić zamieszanie – zapewnia.

Gdy spotkaliśmy się na początku roku, miał wielkie plany. Przyjechał do Warszawy zakładać polski oddział Libertasu, pierwszej paneuropejskiej partii politycznej, zrodzonej z organizacji, która doprowadziła do obalenia traktatu lizbońskiego w irlandzkim referendum rok temu. Obiecywał, że wystawi solidnych kandydatów w każdym kraju Unii, wprowadzi ich do Parlamentu Europejskiego pod wspólnym sztandarem i zrobi porządek z unijną biurokracją i deficytem demokratycznym. – Zobaczy pan, jak ogłosimy naszą listę – odgrażał ...