POLITYKA

Wtorek, 18 czerwca 2019

Polityka - nr 39 (2622) z dnia 2007-09-29; s. 90-93

Ludzie / Człowiek 0-7

Ewa Winnicka

Konkurs Mama, tata – pierwsze lata rozstrzygnięty!

Od dwóch miesięcy zachęcaliśmy Państwa do nadsyłania refleksji nad macierzyństwem, a dokładniej nad stereotypami pętającymi jeszcze świeżych rodziców. Nadeszło ponad 80 prac od rodziców młodych oraz doświadczonych, którzy stereotypy dotyczące macierzyństwa przełamywali 20 i 30 lat temu. Za wszystkie bardzo dziękujemy.

Pisały zwykle mamy, ale odważyli się także ojcowie. Oni podnoszą wreszcie głowy i wbrew powszechnemu przekonaniu o niedojrzałości i nieużyteczności domagają się równej uwagi w dyskusji o wychowaniu.

Wielką przyjemność sprawiły nam listy pisane przez oboje rodziców – dowody na to, że przez pierwsze doświadczenia rodzicielskie mogą przejść razem. Nie muszą być samotni. Bo to też stereotyp, tyle że trochę świeższy.

To, co uwiera rodziców, zwłaszcza kobiety, to przekonanie, że macierzyństwo jest kompetencją nabywaną automatycznie; rodzic powinien być gotowy w momencie urodzenia dziecka albo i wcześniej. Jednocześnie armia kochających babć, cioć i sąsiadek chętnie podważa każdą autonomiczną decyzję rodzica, jeśli nie jest zgodna z ich dyrektywami. Rodzice widzą jasno tę sprzeczność.

Oprócz stereotypów rodzice walczą z krawężnikami i schodami, których nie są w stanie pokonać prowadząc wózki. To jeden z częściej anonsowanych problemów rodzicielstwa w Polsce.

Prace konkursowe oceniało jury w składzie: Krystyna Kofta – pisarka, ...

Dr mama

Monika Malka

Jestem mamą dwóch córek. Historia mojego macierzyństwa, chcianego i wyczekanego, splotła się nieodłącznie z realizacją innego marzenia – doktoratu. Epizody z tego okresu po latach już tylko wywołują uśmiech, ale kiedyś frustrowały. Może nawet bolało, że uwaga koncentruje się na brzuchu, wózku itd., a nie na matce-człowieku z aspiracjami, które nie zmieniają się wraz ze wzrostem wagi.

Pierwsza ciąża była zagrożona, miałam mnóstwo czasu na myślenie i czytanie, a lektury ambitniejsze od harlequinów i ludlumów pomagały uciszyć niepokój. Moment wydawał mi się doskonały na rozpoczęcie doktoratu, którego końcowa jakość jest uzależniona przede wszystkim od przemyślenia koncepcji i wyboru obszaru badawczego. Do wybranego promotora wybrałam się już z mocno zaokrąglonym brzuszkiem. (...) „Wszystko dobrze, ale przecież... (po chwili, z pewnym skrępowaniem), ale przecież jest Pani w ciąży...”.

Długo musieliśmy potem rozmawiać, aby uwierzył, że NAWET będąc w ciąży czy mając małe dziecko, kobieta myśli. Poza tym ten trudny, jak się rzeczywiście okazało, okres nie trwa wiecznie. Dla niektórych jednak kobieta zachodząc w ciążę dokonuje zero-jedynkowego wyboru. Ciąża = koniec szans i perspektyw na cokolwiek, co wymaga czasu, poświęcenia, pasji. (...)

Córka urodziła się z wadą serca. Niegroźną dla życia, ale wystarczająco poważną, aby większość życiowych planów i aspiracji odsunąć na bok. W tamtym czasie myślenie o doktoracie było jedyną odskocznią od badań, szpitali, leków. Żal mi było zostawiać dziecko, aby iść do fryzjera, ale wieczorem spokój tchnący z książek pozwalał zebrać siły na kolejny dzień. Pozwalał uwierzyć, że będzie jakieś jutro.

Na uczelni pokazałam się po roku. „Wiedziałem, że tak będzie...” – usłyszałam, zanim jeszcze przedstawiłam wyniki pracy z tego okresu. Pracy, której wykonałam znacznie więcej, niż gdybym nie miała dziecka, a pracowała na pełny etat w wymagającym zawodzie. Kosztem zarwanych nocy, a także tego, że mąż beze mnie szedł z dzieckiem na sanki czy obiad do rodziców. Widział zdziwienie w wielu oczach: „A ty tak SAM z dzieckiem?”.

Pewna gazeta branżowa ogłosiła konkurs powiązany tematycznie z moją pracą. Wzięłam udział, zajęłam drugie miejsce. Przy wręczeniu nagród dumny z siebie organizator powiedział do mnie: „Gratuluję, szczególnie, że jest Pani kobietą!”, „I matką” – dodałam żartobliwie. „I matką!” – podchwycił z pełną powagą.

Powoli kończyłam pracę, córka, wesołe i spokojne dziecko, była coraz starsza. Zaczęliśmy myśleć o rodzeństwie dla niej. Mąż, jedynak, nie wyobrażał sobie posiadania wyłącznie jednego dziecka. Byłam rozdarta. Lata biegły (kolejny stereotyp, zdmuchnęłam 30 świeczek na torcie), a doprowadzenie pracy do finału zajęłoby jeszcze trochę czasu. Rzuciłam się na głęboką wodę. Uznałam, że ciąża zmobilizuje mnie do sprawniejszego działania, a ewentualny przymus prowadzenia oszczędzającego trybu życia wykorzystam na naukę do egzaminów doktorskich. Reakcja profesora na informację, że muszę skończyć w ciągu pół roku: „I co my teraz zrobimy...”. Był w szoku. Na jego twarzy było wypisane: Doktorantka z dwojgiem dzieci! Tego jeszcze nie było!

Czekając na miłość

Barbara Morawska

Zaszłam w ciążę po kilku latach małżeństwa. Bo chciałam, bo był to dobry czas. Nie zastanawiałam się, czy chcę mieć dziecko, chciałam być w ciąży. Reszta, czyli uczucia macierzyńskie, miały nadejść. (...) Czułam się świetnie, do końca pracowałam, ale uczucia macierzyńskie nie nadchodziły. (...) Gdy wreszcie wróciliśmy do domu, nie wiedziałam, co czuję do tego chudego maleństwa, mojego syna. Bałam się bardzo, czy zdołam utrzymać go przy życiu. Wyglądał tak, jakby nie było w nim woli przetrwania. Tak mało poruszał rączkami, nóżkami. Patrzyłam na niego i nie wiedziałam, co czuję. Spodziewałam się Wielkiego Wybuchu uczuć, bo tak powinno być, bo tak mówiły inne matki. Z czasem zaczęło mnie zżerać poczucie winy, że nie potrafię pomyśleć: kocham Cię, jesteś piękny, jesteś moim skarbem. Cały wysiłek koncentrowałam na tym, żeby przeżył. (...) Pamiętam jeden z zimowych wieczorów. Mąż był w pracy, ja sama z dzieckiem w obcym mieście. Nikogo bliskiego. Prasowałam pieluszki, za oknem noc, światła w oddali. Stół stał blisko okna. Płakałam, a łzy płynęły prosto na te pieluszki, słyszałam tylko leciutki syk żelazka. Piotruś spał za ścianą. Był tak słabiutki, że nawet gdy płakał, robił to tak cicho, że stale nasłuchiwałam, żeby niczego nie przeoczyć. W pewnym momencie doszłam do wniosku, że powinnam swojemu synkowi obciąć paznokcie, bo zaczyna się nimi leciutko kaleczyć. Zrobiłam to i nagle zauważyłam odrobinkę krwi na jednym z paluszków. To ja go zraniłam! To był przełom. Jak mogłam to zrobić takiej kruchej istotce, która walczy o życie!? Co ze mnie za matka? Piotruś nawet nie zakwilił, taki był dzielny. Wtedy dotarło do mnie, że kryzys mamy już za sobą, że zagrożenie minęło, a on będzie żył! Dotarło do mnie, że mam dziecko! Że je kocham! Rano, gdy mąż wrócił z pracy, powiedziałam mu o swoich wcześniejszych rozterkach. Był oburzony! Pokłóciliśmy się. Jak mogłam nie kochać naszego syna od razu!? On nie miał z tym żadnego problemu. Wiedział, że dziecko będzie żyło. Od pierwszej chwili wydawało mu się piękne. A ja? Wyrodna matka!

Dziś Piotr ma 18 lat. Były mąż nie widział go od dawna. Nie było go, gdy Piotr szedł do gimnazjum ani do liceum. Założył nową rodzinę. Ma nowego syna, który pewnie od pierwszej chwili wydał mu się piękny...

Przypadek

Adriana Prodeus

Stereotypy (...) pętały moją wyobraźnię długo, zanim sama stałam się mamą – dlatego zawsze myślałam, że nie chcę mieć dzieci. Na szczęście życiem kieruje też przypadek.

Pierwsza reakcja na dwie kreski na teście ciążowym to straszny szloch. Żadne tam wręczanie ojcu in spe maleńkich bucików z tajemniczym uśmiechem. Po prostu płacz i rozpaczliwe zapytywanie siebie i partnera, co teraz będzie. Wizyta w mrocznych piwnicach szpitala, by odbyć wstępną rozmowę o zabiegu, należy do moich najgorszych wspomnień. Może właśnie ta atmosfera sprawiła, że jednak nie byłam w stanie zdecydować się na aborcję, która miała być ukryta na oddziale ginekologicznym w przebraniu poronienia. A może po prostu dojrzałam do wyobrażenia o zostaniu rodzicem, choć nie miałam wtedy najbledszego pojęcia, co to może znaczyć. Dziecko bez ślubu, dziecko niezaplanowane – to pierwsze hasła, które trzeba nam było przezwyciężyć.

(...) Ciąża była zagrożona, więc oddział patologii ciąży był naszym matecznikiem, a medycyna niekonwencjonalna zaklinaniem losu. Jednak, tak jak podejrzewałam, wszystko poszło nad wyraz dobrze i komplikacje okazały się błogosławieństwem, nikomu na oddziale nie poświęcano bowiem tyle uwagi. Przypadek mój i Olenki opisano w czasopiśmie medycznym, a ja wraz z niemowlęciem zostałam odesłana do domu, by zacząć naprawdę być mamą. A Piotr ojcem. Po raz pierwszy w życiu i w wieku 50 lat. Część stereotypów przełamała się sama.

Początki naszego bycia z dzieckiem wspominam jako długą, zimową noc – za oknem śnieg, ślepe oczka dziecka, w moich piersiach hektolitry mleka, zalane nim wkładki, piżamy, pościele. Gojenie się cięcia, mycie szwów szarym mydłem Biały Jeleń, dieta pełna dziwnych rzeczy takich jak suchary i gotowane przez Piotrka buraki. Kiedy wychyliłam wreszcie głowę zza kołyski, była już wczesna wiosna. Spragniona wrażeń zewnętrznych i pełna wiary w to, że z dzieckiem można podbijać świat, postanowiłam zabierać ją ze sobą, gdzie się tylko dało. (...)

Rodzicielstwo pełne jest sprzeczności. Oby jak najdłużej być z dzieckiem, ale równocześnie jak najszybciej powrocić do świata żywych. Wyjść z zaklętego kręgu fizjologii. Starałam się znajdować sobie jakieś inne zadania – codzienne wielogodzinne spacery połączyć ze zwiedzaniem nieznanej mi dotąd Warszawy. Maratony z  wózkiem po Łazienkach nazywając treningiem do walkathonu. I rzeczywiście wzięłam w nim udział, do mety dochodząc ostatnia. W takich chwilach złudzenie o własnym supermeństwie trzeba włożyć między bajki.

Jedna z moich bezdzietnych koleżanek powiedziała o innej parze rodziców, że na szczęście dziecko nie zmieniło ich wcale i wciąż można z nimi pogadać, pobawić się jak kiedyś. Ja pomyślałam wtedy, że jeśli dziecko nie miałoby nic zmienić, nasze bycie rodzicem nie miałoby sensu. To, że wreszcie ktoś inny jest najważniejszy, odczuwałam jako ulgę.

Ale jednak trudno tak do końca zrezygnować ze swoich marzeń. Dlatego wielu dziwiło się, że jednak decyduję się jechać z  niespełna rocznym bobasem na stypendium Fulbrighta do Nowego Jorku. Wierzyłam, że to ma sens i musi się udać. Okazało się, że właśnie obecność Małej przyniosła naszej trójce najwięcej szczęścia. Wszyscy, których spotykaliśmy, byli bardzo życzliwi i skorzy do pomocy. Rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania. I to właśnie w sercu Manhattanu Olenka postawiła pierwsze kroki, powiedziała pierwsze słowa. Zaczepiała ludzi na ulicy, w metrze. Zbierała uśmiechy i komplementy. (...) Moje macierzyństwo jest jeszcze bardzo młode i nieopierzone. Sama jestem ciekawa, jak rozwinie się dalej.

Przeciw schematom

Monika Sarwińska-Niewielska

Od chwili urodzenia dziecka, co stało się nieco ponad rok temu, nasze życie wywróciło się do góry nogami. Zaczytani w opiewające szczęśliwe rodzicielstwo poradniki, nie zdawaliśmy sobie sprawy, że dziecko pochłonie 100 proc. naszego wolnego czasu. Nie domyśliliśmy się, że znajomi młodzi rodzice mają zwykle do pomocy cały sztab mam, babć, cioć i wujków, dzięki którym mogą czasem wyskoczyć na piwo czy na parę dni do Zakopanego. My jesteśmy w Warszawie sami, nasze rodziny mieszkają w różnych krańcach Polski, a w dodatku pierwszy noworodek, jakiego mieliśmy w ręku, to był nasz syn Emil. (...) Pewnie z tego właśnie powodu prysł podstawowy mit, jaki rodzi się w głowie zwłaszcza tych, którzy czytają poradniki i czasopisma dla młodych rodziców (zwykle mam) – że rodzice to szczęśliwi, zawsze uśmiechnięci i radośni ludzie. To nieprawda. Młodzi rodzice, głównie ci mieszkający z dala od rodzinnych domów, to rodzice niewyspani, przemęczeni, momentami bezradni, sfrustrowani, wściekli i źli na cały świat. (...)

Mimo że stereotypy – także te dotyczące bycia rodzicem i postępowania z dzieckiem – czasem pomagają, wyznaczając bezpieczną (czasem tylko pozornie) i sprawdzoną drogę postępowania, nam udało się przełamać je jeszcze w kilku przypadkach. Po pierwsze – na urlop wychowawczy poszedł maż, podczas gdy ja wróciłam do pracy. (...) Po drugie – nie ochrzciliśmy dziecka, co przecież należy do standardu postępowania w Polsce. Po trzecie – chcemy, żeby nasze dziecko chodziło do państwowego żłobka. (...) Po czwarte – nie kupiliśmy po urodzeniu dziecka wielu rzekomo „niezbędnych” sprzętów i cieszymy się z tego, ponieważ okazałyby się zupełnie nieprzydatne. Po piąte – po urodzeniu dziecka pozbyłam się – na szczęście – kilku mitów związanych z karmieniem piersią. I po szóste wreszcie – wbrew zaleceniom żywieniowców – obiad jemy ok. godziny 22 i żyjemy.

Mąż na urlopie wychowawczym – to była decyzja głównie ekonomiczna. Kiedy kończył się mój urlop macierzyński, trzeba było zdecydować, kto będzie dalej zajmował się dzieckiem. (...) Po zrobieniu rozeznania okazało się, że pensja opiekunki to niemal równowartość jednej naszej. (...) Do żłobka nie chcieliśmy oddawać kilkumiesięcznego maleństwa, pozostawał więc urlop wychowawczy. Ze względu na to, że ja zarabiałam nieco więcej, postanowiliśmy, że wrócę do pracy, a synkiem zajmie się mąż. Skłamię, jeśli powiem, że Mirek był tym zachwycony. Początkowo sądził, że nie będzie to długo trwało, że znajdziemy tańszą opiekunkę albo dziecko szybko pójdzie do żłobka. Jednak sytuacja sprawiła, że na wychowawczym jest już siódmy miesiąc i... radzi sobie bardzo dobrze, choć – jak sam przyznaje – opieka nad dzieckiem i domem jest trudniejsza i bardziej męcząca niż praca zawodowa. (...)

Jako tatuś z dzieckiem często zyskuje więcej niż tradycyjna mama. Wychodząc na spacerek (...) spotyka się z wieloma oznakami sympatii, zwłaszcza ze strony starszych pań, bo nadal jest to widok niecodzienny. Problemem jest jedynie wózek, zupełnie nieprzystosowany do tego, żeby prowadził go wysoki mężczyzna. Może są jakieś specjalne, ale my na taki nie trafiliśmy. (...)

Zupełnie komfortową sytuację ma za to załatwiając sprawę w dowolnej instytucji: banku, urzędzie czy w przychodni (...). Mąż przychodził tam z dzieckiem – bo co miał z nim zrobić – przez kilka tygodni i zawsze budził u pracowników chęć niesienia pomocy, którą zresztą skwapliwie wykorzystywał. Czy tak samo pomogliby matce z dzieckiem? (...)

W tak katolickim kraju jak Polska do tradycji należy ochrzczenie dziecka. Najlepiej najmłodszego, kilkumiesięcznego. Nie chrzczą tylko innowiercy, odmieńcy i ateiści, którzy należą przecież do rzadkości. Każdy normalny, porządny człowiek prowadzi dziecko do kościoła. W ludzkiej (polskiej?) mentalności jest to ważne, bo dziecko musi mieć rodziców chrzestnych, którzy zajmą się nim na wypadek śmierci rodziców biologicznych, nie wspominając o pewnego rodzaju opiece, jaką będą nad nim roztaczali, głównie obdarowując prezentami. Poza tym nadal jeszcze w świadomości ludzi tkwi przekonanie, że dziecko ochrzczone będzie spokojniejsze, „grzeczniejsze”, będzie mniej płakało. I wreszcie – najważniejsze – jeśli dziecka się nie ochrzci, a ono nie daj Boże umrze, co się z nim stanie? (...) Mając świadomość tych wszystkich ograniczeń, jakie fundujemy swojemu dziecku, postanowiliśmy go nie chrzcić, mimo że oboje formalnie jesteśmy katolikami. (...)

Czasem zastanawiamy się z mężem, że dla nas brak chrztu nie jest problemem, ale dla dziecka? Jak mu wytłumaczyć, że nie pójdzie do Pierwszej Komunii, nie dostanie drogich prezentów, nie będzie miało przyjęcia na swoją cześć. Czy nie będzie miało nam za złe, że nie chodzi na religię, tak jak większość, a może wszyscy z jego klasy? Czy nie będzie przez to odrzucone przez kolegów, lokalną społeczność? (...)

Czy wreszcie my, jako rodzice, zdołamy przekazać mu wartości, które nie są przecież w większości w opozycji do tego, czego naucza Kościół. (...) Nie znam na te pytania odpowiedzi, dla mnie – wychowywanej w wierze katolickiej – to droga jeszcze nieprzetarta. (...)

Nagrodzone prace w całości publikujemy na stronie www.polityka.pl