POLITYKA

Czwartek, 14 grudnia 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 54-55

Świat

Tomasz Zalewski

Kontr-wywiad

Skala sporu Donalda Trumpa z amerykańskim wywiadem nie ma precedensu. I może zakończyć ponadpartyjność tych służb.

Zaczęło się jeszcze przed wyborami. Jesienią dyrektor narodowego wywiadu (DNI) James Clapper ogłosił, że rosyjscy agenci włamali się do komputerów Partii Demokratycznej, aby przekazać zdobyte materiały WikiLeaks i pogrążyć Hillary Clinton. Clapper jako koordynator służb specjalnych podkreślał jednocześnie, że chociaż Rosjanie kontaktowali się ze współpracownikami Donalda Trumpa, nie ma dowodów, by współpracowali z nimi, próbując wpłynąć na wynik wyborów.

Trump, zamiast oświadczyć, że informacje wywiadu są niepokojące, zakwestionował ich prawdziwość. „Nie pierwszy raz służby wykazują niekompetencję” – mówił, przypominając blamaż CIA z bronią masowego rażenia w Iraku. A po wyborach zarzucił im, że podrzucając mediom „produkty swej nieudolności”, próbują razem z nimi podważyć prawomocność jego zwycięstwa.

Trump okazał służbom podobną pogardę jak „tak zwanym sądom” w konflikcie o dekrety imigracyjne, słowo wywiad też opatrując w swoich tweetach cudzysłowem: „Przecieki tajnych materiałów do prasy przypominają metody Trzeciej Rzeszy”. W połowie lutego zapowiedział przegląd agencji wywiadowczych, co wzbudziło obawy, że zamierza ograniczyć ich niezależność. Służby ma zlustrować jego kolega miliarder z Nowego Jorku Stephen A. Feinberg, którego jedyną kwalifikacją do tego zadania są jego udziały w prywatnej firmie ochroniarskiej.

Tymczasem w CIA rządzi już mianowany przez Trumpa były kongresman Joe Pompeo, a nominat na dyrektora narodowego wywiadu, były senator Dan Coats, oczekuje na zatwierdzenie przez Senat. Ale nowy prezydent chyba im nie ufa. Sam Feinberg jest blisko związany z pretorianami Trumpa w Białym Domu, jak Steve Bannon i Jared Kushner. Wygląda więc na to, że prezydent nie jest pewien nawet wyznaczonych przez siebie poważnych polityków. Należą oni bowiem do republikańskiego establishmentu i nie podzielają jego przekonania, że posądzenia Rosji o ingerencję w wybory w USA to zawracanie głowy.

Po zaprzysiężeniu Trumpa jego wojna ze służbami zaczęła się na dobre. Podgrzały ją skandale z najbliższymi współpracownikami prezydenta: doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, emerytowanym generałem Michaelem Flynnem, i prokuratorem generalnym Jeffem Sessionsem, których przyłapano na kłamstwach w sprawie kontaktów z ambasadorem Rosji w Waszyngtonie. Flynn zapłacił już za to swoim stanowiskiem, Sessions na razie zachował posadę, chociaż Trump jest niezadowolony, że prokurator wyłączył się ze śledztwa wszczętego przez resort w sprawie rosyjskich kontaktów trumpistów.

Dochodzenie prowadzi FBI, którego dyrektor, odziedziczony po ekipie Obamy James Comey, zaalarmował wcześniej Biały Dom o rozmowie Flynna z ambasadorem Kislakiem, a kiedy nie było żadnej reakcji – bo generał wyleciał dopiero wtedy, gdy wyszło na jaw, że okłamał wiceprezydenta Mike’a Pence’a na temat rozmowy z ambasadorem – podrzucił jej stenogram mediom. Comey, obwiniany, że ujawnieniem zarzutów przeciw Clinton na tydzień przed wyborami przesądził o jej porażce, dziś zręcznie manewruje, żeby zmyć z siebie to piętno.

Burza wokół Sessionsa, która zepchnęła w niepamięć udane przemówienie Trumpa w Kongresie, wywołała kolejną eksplozję jego tweetów z oskarżeniami służb o nielegalne przecieki. Tak jakby to one się liczyły, a nie meritum kontrowersji, czyli niejasne konszachty z Moskwą, być może w sprawie zniesienia sankcji za inwazję na Ukrainę. Następnego dnia wybuchła kolejna bomba – oskarżenie byłego prezydenta Obamy, że w czasie kampanii wyborczej założył podsłuchy w telefonach w Trump Tower. Zarzut odrzucił natychmiast Comey i szefowie wywiadu z czasów Obamy. Co więcej, nie poparli go republikanie. „Nie wiem, o czym prezydent mówi” – powtarzali republikańscy kongresmeni i senatorowie.

Oskarżenia nie poparto dowodami – prezydent powtórzył je za publikacjami w nacjonalistyczno-prawicowym portalu Breitbart News. Organ ten – podobnie jak inna tuba trumpistów, telewizja Fox News – nie ma wątpliwości, że służby spiskują w celu obalenia rządów Trumpa. Białemu Domowi udało się nieco rozmyć sprawę rosyjskich kontaktów, kierując uwagę na podsłuchy, ale republikanie w Kongresie zaznaczają, że zbadają również, czy nie było poważnych powodów do ich legalnego założenia.

Czy teza o pełzającym puczu służb specjalnych ma pokrycie w faktach? Prominentni przedstawiciele wywiadu, byli dyrektorzy CIA: Michael Hayden, Mike Morell i John Brennan nigdy nie ukrywali, że mają o Trumpie opinię jak najgorszą. Hayden, podobnie jak były dyrektor narodowego wywiadu John Negroponte, podpisali w ubiegłym roku list 50 ekspertów ds. bezpieczeństwa narodowego ostrzegający, że z powodu swej ignorancji i niepohamowanego temperamentu nie nadaje się on na prezydenta. Jak powiedział były analityk NSA (Agencja Bezpieczeństwa Narodowego w Pentagonie) John Schindler, „prywatnie mnóstwo ekspertów ds. wywiadu uważa, że Trump jest świadomym lub nieświadomym pionkiem Kremla”.

Już po inauguracji ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]