POLITYKA

Niedziela, 25 sierpnia 2019

Polityka - nr 6 (2691) z dnia 2009-02-07; s. 100-105

Na własne oczy

Wojciech Nowicki

Kosowo, dwanaście miesięcy

Rok temu, 17 lutego 2008 r., Kosowo uznało się za niepodległą republikę. Władze Serbii widzą w nim nadal swą prowincję ­autonomiczną. To kraj zbudowany na wrogości ­serbsko-albańskiej.

Droga. Jedzie się szosą z Niszu na Prisztinę, aż wszyscy stają i robi się mały korek. Droga rozszerza się tu na tyle, żeby zrobić miejsce budzie z blachy i paru stalowym krzyżakom. Pod budą na trójnogim zydelku siedzi młodzik w mundurze, pod ręką ma karabin oparty o ścianę, a obok karabinu miotłę. Za plecami Serbia, z przodu Kosowo. Pokaż, co tam masz – mówi celnik w bluzie, która od biedy może uchodzić za służbową, do kierowcy furgonetki. Ten napiera, żeby zawiasy puściły, i oczom wszystkich zebranych na tym pustkowiu ukazuje się wnętrze jego wozu: plastikowa wanienka, nadłamane krzesła, przetarte materace.

Samochody na obcych rejestracjach jadą w kierunku Prisztiny, do niedawna czegoś w rodzaju sennego wojewódzkiego miasta, które teraz, jako stolica, raptem spuchło. Nie wiadomo, ilu liczy mieszkańców, ponoć ponad pół miliona, może siedemset tysięcy. Miasto po przejściach, z otępiałymi starymi dzielnicami, upstrzonymi drobnym handelkiem; z dzielnicami nowszymi, pełnymi budowli z surowego betonu, niedopasowanych skalą – bo póki ...