POLITYKA

środa, 21 listopada 2018

Polityka - nr 51 (2634) z dnia 2007-12-22; s. 172-177

Na własne oczy

Anna Dziewit

Kozy od św. Cerykusa Archanioła

Swanetia to najbardziej niedostępna część Gruzji. Życie jest tu zbudowane na pięciu paradoksach.

Murman nie zawsze zatrzymywał swego łaza przy przydrożnych kapliczkach – zazwyczaj w podróży za mało było czasu na wspominanie zmarłych. Gdy jednak dzień był długi, a pasażerów podróżujących z nizin w góry Kaukazu, do Swanetii, akurat brakowało, stawał tu czy tam, najchętniej obok kapliczki postawionej ku pamięci Gabo Doladze, który wpadł w przepaść z przyczepą pełną siana. Wypijał kieliszek albo dwa czaczy, której butelka stała obok fotografii, i jechał dalej.

Czasem zatrzymywał się jeszcze koło kapliczki rodziny Mamuki, która stoczyła się łazem do sztucznego jeziora, bo wracający z obchodów rocznicy śmierci (naturalnej) swojej ciotki Mamuka przeoczył wyrwę w drodze. Murman wylewał odrobinę wódki na ziemię, dla zmarłych, zapalał papierosa, zasępiał się i ruszał dalej górskimi dróżkami nad przepaścią.

Nie piłeś, nie jedź

Swanski paradoks numer jeden: wypijanie bimbru za pamięć zmarłych, przy przydrożnych kapliczkach wyglądających jak samoobsługowe bary. Krzyż, ikona, zdjęcie denata, resztki chleba albo kukurydzianych plackó...

Tagi

GruzjaSwanetia