POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 23 (2404) z dnia 2003-06-07; s. 90-93

Społeczeństwo / Szkoła

Marcin Meller

Kres bezstresu

Trwa gorący czas dla tych młodych ludzi, którzy przekraczają jeden ze szkolnych progów. Jakie wybrać liceum, jakie gimnazjum? Prywatne, społeczne, a może państwowe. To pytanie splata się często z innym: szkoła przyjazna, bezstresowa czy – jak mawia młodzież – rzeźnia, czyli ostre wymagania i konwencjonalne obyczaje. W Łodzi dyskusja na ten temat jest szczególnie stresująca.

Miało być miło. Dziesięciolecie wyjątkowej, bezstresowej, przyjaznej szkoły – XLIV LO w Łodzi. Okolicznościowe publikacje w lokalnych mediach. Owszem, były. Ale zareagował jeden z absolwentów, Tomek Łomża. Napisał wspomnieniowy artykuł.

Tomek i Magda

Tomek Łomża i Magda Rydel należeli do drugiego rocznika łódzkiego XLIV LO, maturę zdawali w 1997 r. Magda skończyła filozofię na Uniwersytecie Łódzkim i wróciła do ukochanego liceum uczyć etyki. Tomek kończy nauki polityczne i dziennikarstwo w Wyższej Szkole Humanistycznej w Pułtusku i uważa, że „czwórki” to najgorsze co jemu (i nie tylko jemu) mogło się w życiu przytrafić. Kiedy Magda przeczytała w „Dzienniku Łódzkim” artykuł Tomka, osłupiała: „chora instytucja”, „wyrób szkołopodobny”, „instytucja bezstresowa, stworzona przez kilku zakompleksionych pseudopedagogów”, „czy ktokolwiek z byłych moich nauczycieli odpowie za swe behawioralne zbrodnie, za te – nie tylko moje – zmarnowane lata?”. W tekście nie brakował...

Uwolnić szkołę, ale trochę

Kiedy kilkanaście lat temu, jeszcze u schyłku PRL, rozmaite środowiska pedagogów ogarnął ferment twórczy, wspólną myślą było uwolnienie szkoły od jej totalitarnego charakteru. Planowano ująć jej choć trochę nudy i lęku (mówiono nawet o syndromie NiL). Z prośbą o refleksję po kilkunastu latach poprosiliśmy teraz legendarnych już pedagogów, którzy wówczas byli w awangardzie zmian.

Aureliusz Leżeński,
prezes Fundacji Robinson Crusoe, pomagającej domom dziecka, współzałożyciel i przez 10 lat dyrektor II SLO w Warszawie:
– Startowaliśmy w nieznane w opozycji do szkół państwowych, gdzie panowała zinstytucjonalizowana przemoc, nadużywanie władzy przez nauczycieli. Też miałem doborowych psychologów w szkole, którzy chcieli wprowadzać wychowanie humanistyczne i humanitarne. Ale dzieciaki nie potrafiły odnaleźć się na tych zajęciach. W tym wieku nie ma introspekcji, szuka się identyfikacji na zewnątrz, w grupie. Spróbowaliśmy uczyć bez stopni. Już po miesiącu zrezygnowaliśmy z eksperymentu, również na prośbę uczniów. Po dwóch miesiącach wycofaliśmy się z hasła „szkoła bezstresowa”. Doszliśmy do wniosku, że stres to wręcz fundament życia, napina ciało i umysł. Co więcej, wprowadziliśmy ustne sesje egzaminacyjne na koniec semestru, żeby praktykować dobry stres, który można pozytywnie rozładować. Staraliśmy się zachować równowagę między nauką a wrażliwością społeczną i budowaniem wspólnoty, ale teraz – zarówno wśród rodziców jak i uczniów – wahadło przechyliło się w stronę pędu ku karierze i wyścigu szczurów. Pojawiła się silna presja rodziców na wyniki, weszła relacja biznesowa, w końcu to nasi klienci. W złej państwowej szkole relacja między nauczycielem i uczniem była idealnie pionowa: pan i poddany. Ale prawda jest taka, że nauczyciele i uczniowie nigdy nie są równi, partnerami co najwyżej mogą być jednostki.

Krystyna Starczewska,
twórczyni i do dzisiaj dyrektorka I Społecznego LO w Warszawie, słynnej Bednarskiej:
– Bycie na ty z nauczycielem to kwestia indywidualnych wyborów. Jedni nauczyciele chcą, inni nie, podobnie uczniowie. Być może w łódzkim liceum, przy cennych założeniach, popełniono błąd narzucenia uczniom obligatoryjnej wolności, chociaż dla mnie w historii tej szkoły jest coś uroczego. Dobrze dla młodzieży, jeśli – tak jak w naszej szkole – grupa nauczycieli jest zróżnicowana. Jedni są bardziej bezpośredni, liberalni, psychoterapeutyczni, inni – bardziej konserwatywni, tradycyjni. To tylko służy uczniom, przygotowuje ich do problemów i wyborów dorosłego życia. Niewątpliwie istnieje spór między dwoma modelami wychowania. Z jednej strony należy młodego człowieka przystosować do życia w społeczeństwie, temu ma służyć „przyduszenie”, wpojenie mu, czego oczekuje świat. Z myślą o tym szkoła powinna przekazać pewien zasób tradycji i wartości. Z drugiej strony liczy się indywidualny rozwój dziecka, jego potencjalnych możliwości, czasem chronienie tego potencjału. My zrezygnowaliśmy ze stopni zastępując je recenzjami, jednak egzekwowaliśmy wiedzę. Jeżeli uczeń otrzymał negatywną recenzję, musiał uczyć się aż do skutku. W skrajnych wypadkach żegnał się ze szkołą. Zasadniczo nie akceptowaliśmy powtarzania klasy. Swoboda tak, ale z barierami.

Michał Olszański,
dziennikarz radiowej Trójki, w latach 1985–91 dyrektor Szkolnego Ośrodka Socjoterapii (SOS) w Warszawie, który łączył funkcje liceum i ośrodka terapeutycznego:
– W początkach działalności SOS, za czasów Jaca (tak nazywano Jacka Jakubowskiego, psychologa, założyciela SOS) rządzili psychologowie. Wśród podopiecznych było wielu narkomanów – kompociarzy. Już sam fakt, że chodzili na zajęcia, był sukcesem, a jeżeli do tego przez jakiś czas nie brali, no to w ogóle zachwyt. Lekcje były raczej fikcją, choć dość często poziom wiedzy humanistycznej i oczytanie niektórych uczniów były zdumiewające. Był luz, akceptacja człowieka i dawanie kolejnych szans w nieskończoność. Szkoła i nauczyciele domagali się większej egzekucji wiedzy, zaczęły się relegacje, coraz trudniej było dojść do czwartej klasy. Tu następował najczęściej wyraźny zwrot postaw uczniów, dostrzegali szanse i chcieli je wykorzystać. SOS ciągle ewoluował i pod koniec lat 80. był już w pełni ośrodkiem szkolnym. Nic dziwnego, że po Jacu dyrektorem był pedagog, a po mnie już nauczyciel Witek Dzięciołowski. jestem przekonany, że formuła SOS z liberalną szkołą była dobrym pomysłem na trudne lata 80. dla niedostosowanych, wrażliwych i zagrożonych narkomanią ludzi. To był klosz zarówno dla wychowanków jak i kadry.