POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 22 (3112) z dnia 2017-05-31; s. 34-36

Społeczeństwo

Joanna Cieśla

Krok poza

Pisowska władza nie zwalnia wszystkich niechętnych do współpracy. Całkiem liczni odchodzą sami – przez frustrację, obrzydzenie, złość. Jest lęk o przyszłość. Czasem happy end.

Badaczka

Dr Natalia Jarska trzasnęła drzwiami z hukiem. To były drzwi Instytutu Pamięci Narodowej. Upubliczniła na Facebooku swój list pożegnalny do prezesa Jarosława Szarka: „Od lipca 2016 r., kiedy został Pan prezesem IPN, zaszły w Instytucie zmiany, które oceniam jako negatywne dla instytucji i jej pracowników” – zaczęła.

Przyszła do Instytutu w 2009 r., za prezesury Janusza Kurtyki. Jej zainteresowania naukowe: historia społeczna, a szczególnie rola i sytuacja kobiet, nie wpisywały się w sposób oczywisty w profil IPN, jednak na jej oczach Instytut – już pod kierownictwem Łukasza Kamińskiego – otwierał się na nowe tematy. Odium upolitycznienia zdawało się znikać, napięcia maleć.

A później nastała „dobra zmiana”. – Prezes Jarosław Szarek zaczął urzędowanie od wyrzucenia z pracy Krzysztofa Persaka, dobrego historyka, wieloletniego dyrektora biura prezesa IPN, który świetnie zna Instytut. A potem posypały się kolejne ruchy kadrowe, przeprowadzane w taki sposób, że przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Ktoś dowiadywał się więc z plotek, że „za chwilę cię usuną”, i faktycznie tracił posadę bez słowa wyjaśnienia. Wielu dostawało przeniesienia na stanowiska poniżej ich kompetencji. Poza tym – detale. Kolega został zaproszony do sędziowania w debacie dla uczniów i nagle okazywało się, że nie może pojechać, bo jego obecność może być źle odebrana przez kierownictwo, ktoś inny nie mógł wziąć udziału w dyskusji, bo jego poglądy były wątpliwe, choć nazwisko było już wpisane w programie.

Rozmowy z kolegami początkowo krążyły tylko wokół zmian. A potem zaczęła się wzajemna podejrzliwość. Najbardziej bolał dr Jarską brak gotowości stawienia oporu. Gdy zwolniono jednego kolegę, prawie nikt nie chciał podpisać listu w jego obronie. Zawsze znajdował się ktoś, kto chętnie zajmował opuszczone stanowisko albo udawał, że zachowuje neutralność. Choć zdarzały się też gesty solidarności. Kiedy we wrześniu 2016 r. bez wyjaśnienia zlikwidowano popularnonaukowy miesięcznik Pamięć.pl, a naczelnego i sekretarz redakcji zwolniono (z propozycją przeniesienia do archiwum), była redakcja wystosowała list w ich obronie. Dr Jarska napisała wówczas na Facebooku „Podła zmiana” i dostała upomnienie. Inaczej niż koledzy – reagujący obraźliwie, ale prawomyślnie. Bo gdy np. członek kolegium IPN dr Sławomir Cenckiewicz niewybrednie komentował jej artykuł o kobietach w Solidarności, a inni pracownicy Instytutu pisali po zwolnieniach kolegów, że należy wziąć się za kolejnych „agentów »Gazety Wyborczej«” – nikt nie zwracał uwagi.

Jesienią Jarska złożyła wymówienie. Przyznaje, że pewnie nie podjęłaby tej decyzji, gdyby nie miała innej pracy – w PAN. Swój list z powodami odejścia upubliczniła na Facebooku, by został ślad po tym, co się w IPN dzieje. Jako badaczce historii wydaje jej się, że w przyszłości to będzie miało znaczenie.

Sędzia

W zasadzie mogłaby pracować nawet do siedemdziesiątki, czyli jeszcze dobrych kilka lat. Są sędziowie, którzy tak trwają. Zrezygnowała, ale o tamtym życiu chwilami wciąż mówi w czasie teraźniejszym.

Wniosek o przeniesienie w stan spoczynku złożyła spontanicznie. Nie jest pewna, czy zrobiłaby to jeszcze raz, czy jednak czynnie walczyłaby o sąd. – Praca była dla mnie sensem życia – opowiada. Decyzja zapadła, gdy wiosną rok temu trwało zaciskanie pętli wokół Trybunału Konstytucyjnego. Nieodbieranie ślubowań od sędziów przyjęła z niedowierzaniem. Z niepokojem śledziła skąpe informacje o planowanej reformie sądownictwa.

Znała sąd od podszewki. Zaczynała od posady sekretarki w sądzie, z możliwością robienia aplikacji pozaetatowej. Po egzaminie sędziowskim kilka lat była w sądzie rejonowym. Aż zgłoszono się do niej z sądu wojewódzkiego. Zawrotny awans dla sędzi tuż po trzydziestce – miała dobrą markę. W tym wydziale pracowała już do końca. Tramwajami targała pękate torby akt. Gdy została zastępcą przewodniczącego, doszły zadania porządkowo-organizacyjne i jeszcze więcej akt. – Rytm mojego życia wyznaczały kolejne terminy, dziecko odsyłane spod zamkniętych drzwi, bo „akta na jutro” – opowiada.

Odchodziła z nadzieją, że kontakt z sądem się nie zerwie. Udało się połowicznie. Gdy wpada, wszyscy są tak zajęci, że nie ma sumienia siedzieć im nad głową. Słucha o trudnych sprawach i wychodzi z ulgą, że to nie ona musi je rozstrzygać. A potem odbiera telefony: młodsi koledzy z sądu pytają, co mówić coraz bardziej zastraszonym podwładnym, jak tłumaczyć to oczekiwanie gotowości do poświęceń formułowane przez prezes Sądu Najwyższego Małgorzatę Gersdorf, jak mają rozumieć jej słowa, że kredyty i dzieci nie są aż tak ważne? Nie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]