POLITYKA

Piątek, 20 kwietnia 2018

Polityka - nr 19 (2553) z dnia 2006-05-13; Polityka. Pomocnik historyczny ; s. 14-19

Adam Szostkiewicz

Krzyż na stos

Potęga i zagłada zakonu templariuszy

Wiele tajemnic otacza średniowiecznych Ubogich Rycerzy Świątyni, ale może najbardziej frapuje zagadka ich popularności siedemset lat po rozbiciu zakonu przez króla Francji Filipa Pięknego i papieża Klemensa V. Kolejnym dowodem tej nieśmiertelności jest bestseller Dana Browna „Kod Leonarda da Vici” i film nakręcony według tej książki, wchodzący właśnie na ekrany.

Pobożnego uczestnika wypraw krzyżowych Hugona de Payens ogarnęłaby święta zgroza, gdyby mógł zobaczyć, co zdarzyło się 18 marca 1314 r. On, rycerz francuski, założyciel i pierwszy mistrz zakonu templariuszy, ujrzałby bowiem, jak na straszną śmierć na stosie prowadzą Jakuba de Molay, ostatniego wielkiego mistrza zakonu. Dramat rozegrał się w Paryżu, na małej wyspie na Sekwanie, prawie dwieście lat po powstaniu templariuszy.

Wcześniej Jakubowi de Molay i drugiemu zakonnemu dostojnikowi odczytano wyrok wydany przez papieża Klemensa V: dożywotnie więzienie. Nagle obaj wykrzyknęli, że zakon jest święty, a do win przyznali się ze strachu przed torturami. Rzecz niesłychana! Upierając się, że są niewinni, templariusze wybierali śmierć, bo tak karano wyparcie się wcześniejszych zeznań przed trybunałami Kościoła. Jeszcze tego samego dnia władza świecka kościelną karę zmieniła z dożywocia na stos. Prócz de Molaya miało na nim spłonąć ponad trzydziestu innych templariuszy.

Według podań, mistrz Jakub oczekiwał na śmierć w płomieniach „ze złożonymi rękami, spojrzeniem skierowanym ku Najświętszej Panience, a ogień znosił z takim spokojem, że wprawiał wszystkich w najgłębszy podziw”. Ale na stosie wielkim głosem zdążył wezwać na sąd Boży tych, którzy go na nań posłali – króla Filipa i papieża Klemensa. Niech będą przeklęci, tylko Bóg będzie sprawiedliwym sędzią w sprawie między królem, papieżem i mistrzem templariuszy – tak osłupiały lud paryski odebrał ostatnie słowa umierającego rycerza. A kiedy stos zgasł, ludzie zebrali prochy i wrzucili je do Sekwany.

A Bóg jak gdyby usłuchał wołania ze stosu. Ledwo miesiąc po śmierci Jakuba de Molay umiera papież Klemens V. Pod koniec tegoż 1314 r. król Filip Piękny nie przeżywa upadku z konia. Jak Bóg rozsądził sprawę między wielką trójką, którą tak szybko miał już u siebie, wie tylko On. Po ziemskiej stronie sprawa templariuszy podzieliła opinię publiczną na dwa obozy, które do dziś kruszą kopie o to, czym był zakon i czy zasłużył na los, jaki go spotkał.

Chrześcijański dżihad

Dla jednych templariusze są symbolem buty, żądzy władzy i bogactwa oraz obłudy i szalonych ambicji, by być – to już współczesne sformułowania – jakimś światowym rządem, centrum finansów i dyplomacji, a może nawet jedynym prawdziwym Kościołem. Echo tych uprzedzeń słychać na przykład u szkockiego pisarza Waltera Scotta, bożyszcza europejskiego romantyzmu. W powieści „Ivanhoe” tak pisał: „Przepisy reguły zakonu, tak surowo przestrzegane w pierwszym okresie jego istnienia, były coraz częściej lekceważone. Templariusze nie cieszyli się w owych czasach dobrą sławą. Byli dzielnymi wojownikami, ale ogólne rozluźnienie obyczajów sprawiło, że wielu z nich można było wytknąć najgorsze wady. Byli skąpi, chciwi i zawsze żądni zemsty. Znajdowali rozrywkę w grabieżach, obżarstwie i pijatykach”.

Czy może być cięższe oskarżenie pod adresem ludzi, którzy na białych płaszczach nosili czerwony znak krzyża, ślubowali ubóstwo, czystość, absolutne posłuszeństwo i gotowość do oddania życia za chrześcijaństwo? Dla rycerzy, którzy przysięgali: „Nie nam, Panie, nie nam chwała, lecz Tobie”?

Kto uważa, że templariuszom wyrządzono krzywdę, przechodzi do drugiego obozu. I rzeczywiście – wiele przemawia za tym, że Rycerze Świątyni padli w jakimś stopniu ofiarą tego, co dziś nazywają czarnym piarem, czyli szeptanej lub fabrykowanej na zamówienie propagandy. W miarę, jak rosła ich potęga, wrogowie, rywale i konkurenci przyprawiali zakonowi coraz bardziej plugawą gębę. Nieraz całkiem dosłownie – gębę jakiegoś wstrętnego diabelskiego kozła, przed którym templariusze mieli bić pokłony.

Tymczasem Hugon de Payens, założyciel zakonu, nie był żadnym satanistą, lecz jednym z wielu rycerzy, którzy ulegli mistyce wypraw krzyżowych. Do Ziemi Świętej wybierało się morzem lub lądem tysiące mieszkańców ówczesnej Europy chrześcijańskiej, biednych i bogatych. Ruszali w te najeżone niebezpieczeństwami wyprawy mniej z ciekawości lub chęci łatwego wzbogacenia się, lecz przede wszystkim z nakazu wiary. Współczesny historyk może widzieć w uczestnikach wypraw krzyżowych kolonizatorów Palestyny i Syrii – pierwszą jaskółkę europejskiego imperializmu. Ale oni sami powiedzieliby, że ruszają na pielgrzymkę do Grobu Chrystusa w duchu ofiary, oczyszczenia i nadziei, iż być może przyspieszą w ten sposób obiecany powrót Pana do Jerozolimy.

Hugon należał do tych, którzy po odbyciu pielgrzymki nie chcieli jak najprędzej wracać do domu. Nie szukał też w łacińskim Królestwie Jerozolimy, utworzonym po zdobyciu przez krzyżowców (1099 r.) tego świętego miasta żydów, chrześ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Autor jest dziennikarzem „Polityki”.

Strażnicy Świątyni

Zakon rycerski templariuszy powstał w 1118 r. dla ochrony pątników pielgrzymujących do Ziemi Świętej. Miał strukturę zakonno-wojskową. Działał przez prawie 200 lat pod kierownictwem ponad 20 wielkich mistrzów z różnych krajów chrześcijańskiej Europy. Komturie templariuszy istniały także na terenach dzisiejszej Polski. Polacy nie mieli jednak znaczącego udziału w krucjatach. Zakon wyrósł na potęgę militarną i finansową, choć poniósł niejedną sromotną klęskę w wojnach z muzułmanami. Szacuje się, że u szczytu wpływów liczba templariuszy sięgała 20 tys. Upadek Akry (1291 r.), ostatniego bastionu chrześcijańskiego na Bliskim Wschodzie, pozbawił zakony rycerskie typu templariuszy pierwotnej racji bytu. Przenieśli bazę na Cypr, skąd wielki mistrz de Molay – wezwany przez papieża – wyruszył w 1306 r. do Paryża. Powstały plany połączenia templariuszy z joannitami. Doczekały się realizacji dopiero po rozbiciu zakonu Strażników Świątyni. Pod pretekstem fałszywych oskarżeń o herezję, na rozkaz króla Francji Filipa Pięknego, powolny mu rodak papież Klemens V (1305–1314) zatwierdził kasatę zakonu w 1312 r. Mniej tragiczny los niż templariuszy francuskich, w których wymierzony był główny atak – spotkał zakon na Półwyspie Iberyjskim. W Portugalii zostali oni oczyszczeni z wszelkich zarzutów i zasilili nowo utworzony Zakon Rycerzy Chrystusa. Większość ocalałych templariuszy europejskich przeszła do joannitów, których współczesną kontynuacją jest Zakon Kawalerów Maltańskich – potężna charytatywna organizacja pozarządowa.