POLITYKA

Czwartek, 23 listopada 2017

Polityka - nr 11 (3102) z dnia 2017-03-15; s. 41-43

Rynek

Wojciech Morawski

Którędy do dobrobytu?

Czy Polska zdoła ostatecznie przejść z grupy krajów peryferyjnych do wysoko rozwiniętych? Ma szansę, ale nie może iść drogą na skróty.

Są tacy ekonomiści, którzy dyskutują o wzroście, i tacy, którzy dyskutują o zacofaniu. Te dwie grupy właściwie nie stykają się ze sobą. Nie czytają i nie cytują wzajemnie swoich prac, nie uwzględniają wzajemnie swego istnienia w omówieniach literatury, uczestniczą w odrębnych konferencjach. Zróbmy więc krótki przegląd teorii dotyczących wzrostu i zacofania gospodarczego.

Jeśli chodzi o badania nad wzrostem, w pierwszych dekadach powojennych najpopularniejszy był, wywiedziony z tradycji keynesowskiej, model Harroda-Domara. Kładł on nacisk na akumulację kapitału i stopę oszczędności jako warunki niezbędne dla zainicjowania szybkiego wzrostu. W latach 60. XX w. pojawił się nowy model wywodzący się z tradycji ekonomii klasycznej. Jego autorem był Robert Solow, który położył nacisk na rolę postępu technicznego. To transfer technologii powinien prowadzić do wyrównywania poziomów rozwoju. W tym duchu sformułowana została hipoteza konwergencji Roberta Barro. Opierała się na założeniu, że biedniejsze kraje rozwijają się szybciej niż bogatsze, zatem z czasem różnice między nimi będą malały. Barro poczynił jednak zastrzeżenie, że efekt ten może być zniwelowany przez nieodpowiedzialną politykę gospodarczą.

U schyłku lat 80. pojawił się trzeci model Paula Romera, kładący nacisk na szeroko pojęty kapitał, w tym kapitał ludzki, i rolę wiedzy. Wiedza powstająca na drodze kumulacji doświadczeń nie może być (odwrotnie niż w koncepcji Solowa) łatwo „importowana”. Model ten wyjaśnia bardziej trwały, niżby to wynikało z przemyśleń Solowa, charakter różnic w poziomie rozwoju poszczególnych krajów. Rozważania nad wzrostem stanowią żywotny nurt współczesnej ekonomii, o istotnych implikacjach praktycznych, np. w sprawie ochrony praw autorskich i swobodnego dostępu do innowacji. Szczególną uwagę przykuwają liczne przykłady krajów, które startując z niskiego poziomu w ciągu paru dekad dołączyły do grona państw wysoko rozwiniętych.

Centrum i peryferie

Zupełnie inny rodowód ma refleksja o zacofaniu. Jej źródłem jest ekonomia marksistowska. Marks sformułował tezę o ubożeniu klasy robotniczej w miarę rozwoju kapitalizmu. Ponieważ robotnicy mieli mniejszą siłę przetargową, wszystko musiało dokonywać się ich kosztem. Rozumowanie to, przeniesione na grunt relacji międzynarodowych, determinowało pogląd, że wyzysk krajów słabiej rozwiniętych przez kraje wysoko uprzemysłowione będzie się stale zaostrzał. Kraje słabiej rozwinięte, jeśli chcą się z tej zależności wyrwać, muszą zerwać współpracę z wyżej rozwiniętymi i zmienić reguły gry. W skrajnej postaci rozumowanie to doprowadziło do powstania radzieckiego modelu gospodarczego. Model ten, w 1947 r. narzucony Europie Wschodniej, poniósł klęskę i nie zamierzam się tu nim zajmować. Węgierski historyk gospodarczy Ivan Berend zwrócił jednak uwagę na rodzime źródła jego atrakcyjności: „Eksperyment komunistyczny był częścią dwudziestowiecznej rebelii pozbawionych sukcesów peryferii, które czuły się upokorzone gospodarczym zacofaniem i wzrastającym rozziewem. Oddzielał on je od zaawansowanego zachodniego jądra. Cierpiały zarówno z powodu krzywd społecznych w swych hierarchicznych społeczeństwach, jak i ze względu na masową nędzę, autokratyczne reżimy polityczne i zewnętrzną dominację (…). W takim historycznym stanie rzeczy rebelia komunistyczna, inna forma peryferyjnych rebelii, zdominowała Europę Środkową i Wschodnią”.

Projekcją marksizmu na sferę międzynarodowych relacji ekonomicznych była teoria dependencji, czyli rozwoju zależnego. Pojawiła się w Ameryce Łacińskiej. Państwa tego regionu od dawna miały kłopoty z utrzymaniem światowych standardów życia gospodarczego. Lata Wielkiego Kryzysu zaostrzyły te problemy. Zależność od rynków światowych okazała się destrukcyjna. Zrodziły się pomysły zamknięcia gospodarki, zapewnienia jej większej samowystarczalności (poprzez produkcję antyimportową), a z czasem poprawy własnej pozycji w międzynarodowym podziale pracy – awansu z grupy krajów rolniczo-surowcowych do grona państw uprzemysłowionych. W praktyce cele te próbowano realizować poprzez podwyższanie barier celnych i system kilku kursów walutowych. Podobna polityka była prowadzona w latach 30. również w innych regionach, odczuwających swoje zapóźnienie, np. w Europie Wschodniej. Dyskurs wschodnioeuropejski został jednak po wojnie wchłonięty i roztopiony w marksizmie. Natomiast refleksja latynoska poszła własną drogą.

Argentyński ekonomista Raúl Prebisch w latach 50. stwierdził, że relacje cen stale zmieniają się na niekorzyść produktów rolnych i surowców, z korzyścią dla dóbr przemysłowych. Dlatego kraje słabo rozwinięte powinny odizolować się od rynku światowego i pod tą osłoną dokonać uprzemysłowienia. Z czasem myślenie to zyskało szersze uzasadnienie teoretyczne. Immanuel Wallerstein w wielotomowej pracy o systemie światowym wprowadził pojęcia centrum, peryferii i rozwoju zależnego. Było to przeniesienie na grunt relacji międzynarodowych marksistowskiej tezy o pogłębiającym się ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]