POLITYKA

Czwartek, 20 czerwca 2019

Polityka - nr 16 (2650) z dnia 2008-04-19; s. 50-53

Świat

Marek Ostrowski

Kulą w płot

Ameryka, chlubiąca się tym, że stworzyli ją imigranci, nie wie, jak dziś się przed nimi bronić. Gotowa jest płacić milion dolarów za kilometr wysokiego ogrodzenia, by oddzielić się od południowych sąsiadów. A 12 mln przybyszów najchętniej wyrzuciłaby z kraju.

Kto widział film „Babel”, doskonale pamięta dramat dzieci i ich opiekunki, zagubionych na granicy amerykańsko-meksykańskiej. Opiekunka dzieci, Amelia, po 16 latach pracy jest brutalnie deportowana z USA, gdyż przebywała tam bez zezwolenia.

W Laredo, tuż nad rzeką Rio Grande, przez Meksykanów zwaną raczej Rio Bravo (znowu film!), Ameryka jakby słabnie, zanika. Naprzeciwko pomnika generała Zaragozy (Saragossa) na rynku stoi hotel o nazwie La Posada i choć to elegancki hotel, to w restauracji można się dogadać już wyłącznie po hiszpańsku. Angielskim włada tylko recepcjonistka na dyżurze. Ale to już południowa granica stanu Teksas, a przecież cały ów ogromny stan dłużej był hiszpańsko-meksykański, niż należał do USA! Dopiero generał Sam Houston w bitwie pod San Jacinto (dziś w obrębie metropolii Houston) w 1836 r. odbił te ziemie Meksykanom. Ziemie odbił, ale Meksykanie zostali. W Laredo – liczącym około 150 tys. mieszkańców mieście – ludność określana mianem Hispanic stanowi ponad 90 proc.!

Dziś Laredo nosi dumny przydomek: Gateway to Mexico, brama do Meksyku. To najwię...