POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 48 (3188) z dnia 2018-11-28; s. 42-43

Rynek

Cezary Kowanda

Kup pan paszport

Gdy Unia oficjalnie walczy z napływem imigrantów, niektóre kraje witają ich z otwartymi ramionami. Pod jednym warunkiem – że za prawo stałego pobytu, a nawet obywatelstwo, słono zapłacą. Nie pytają, skąd zainteresowani mają pieniądze.

Pierwsze zaczęło handlować swoim obywatelstwem małe wyspiarskie państwo Saint Kitts i Nevis na Karaibach, jako jedyne bogactwo mające rajskie plaże. Tuż po uzyskaniu niepodległości w 1983 r., gwałtownie szukając źródeł dochodów, zaczęło zachęcać obcokrajowców do kupna obywatelstwa. W Polsce stało się znane, gdy były minister spraw zagranicznych Witold Waszczykowski określił je mianem San Escobar. Twierdził, że zmyliła go hiszpańska nazwa głównej wyspy San Cristóbal. Dziś paszport Saint Kitts i Nevis można kupić na dwa sposoby – inwestując w nieruchomość wartą przynajmniej 400 tys. dol. albo wspierając lokalną organizację charytatywną kwotą przynajmniej 200 tys. dol. Nie trzeba wcale przeprowadzać się na egzotyczne wyspy ani nawet regularnie ich odwiedzać, władzom wystarczą pieniądze. One nie pytają, jak świeżo upieczony obywatel wszedł w ich posiadanie, on – co z nimi zrobi organizacja charytatywna. Obie strony wykazują zdumiewający brak ciekawości.

Saint Kitts i Nevis znalazło szybko wielu naśladowców. Pomysł skopiowali karaibscy sąsiedzi, tacy jak Antigua i Barbuda, ...