POLITYKA

Niedziela, 25 lutego 2018

Polityka - nr 21 (2605) z dnia 2007-05-26; s. 32-34

Kraj

Cezary Łazarewicz

Kurs na Kurskiego

Najważniejszą osobą w „Gazecie Wyborczej” jest od kilku dni Jarosław Kurski. Choć nie został jeszcze mianowany redaktorem naczelnym, to faktycznie on kieruje już redakcją. Helena Łuczywo odchodzi, a Adam Michnik daje do zrozumienia, że bliżej mu do tego niż dalej.

Kiedy pojawiły się pierwsze plotki o odejściu z „Gazety” Adama Michnika, na korytarzowej giełdzie o wiele wyżej stały akcje zastępców naczelnego: Piotra Stasińskiego, Piotra Pacewicza, a nawet blisko o pokolenie młodszego Pawła Ławińskiego. Gdyby o wyborze naczelnego decydowało referendum redakcyjne, na pewno wygrałby je Stasiński. Nikt nie stawiał na Jarosława Kurskiego, który wydawał się kandydatem spoza wielkiej trójki.

Bo „Gazeta” była zawsze tworem bardzo ideowym i pierwsze skrzypce odgrywali w niej ludzie KOR i podziemnego tygodnika „Mazowsze”.

Wtajemniczeni relacjonowali, że wpływy podzielone były między dwie frakcje: wicenaczelnej Heleny Łuczywo, która trzymała redakcję żelazną ręką, i Adama Michnika, który nadawał „Gazecie” intelektualny sznyt i wyrazistość.

A Kurski był człowiekiem z innego świata. Wywodził się z konserwatywnego środowiska Ruchu Młodej Polski, nie było go w „Gazecie” w prehistorycznym okresie jej powstawania, gdy redakcja mieściła się w budynku przedszkola przy ulicy Iwickiej. Nigdy, z wyjątkiem trzymiesięcznego epizodu na początku swojej gazetowej kariery, nie pełnił funkcji redaktorskich. Na dodatek przyszedł do redakcji bardzo późno – w 1992 r.

Gdy w styczniu Adam Michnik zaproponował Kurskiemu objęcie stanowiska zastępcy naczelnego, wszyscy byli tym zupełnie zaskoczeni.

– To był niespodziewany awans, którego on się w ogóle nie spodziewał – mówi jeden z dziennikarzy. Usiadł biurko w biurko z Heleną Łuczywo, by w charakterze czeladnika uczyć się nowych obowiązków od swojej mistrzyni, mówią w redakcji.

Większość dziennikarzy spodziewała się ogłoszenia nominacji podczas niedawnej uroczystości osiemnastych urodzin „Gazety”. Gdy na scenę weszli wspólnie Adam Michnik i Jarosław Kurski, wydawało się, że następuje moment przekazania władzy. Ale Michnik powiedział, że z „Gazetą” jeszcze się nie żegna.

– Znaczy to, że ta zmiana nie będzie nagła – mówi jeden z dziennikarzy „Gazety”. – Ale pomazaniec już został wyznaczony, a teraz będzie następował proces „łagodnej sukcesji”.

Mieszane uczucia w związku z awansem starszego brata ma jednak Jacek Kurski, który już wcześniej zwracał uwagę na paradoks. Że Jarek stał się czołowym krytykiem PiS, choć jego matką jest senator PiS, a bratem – poseł PiS.

– Jako brat się cieszę, bo to najważniejsza polska gazeta – mówi Jacek. – A jako polityk PiS – nie, bo to gazeta pałkarska, nie przebiera w środkach, żeby nas zniszczyć.

Faks od Wałęsy

Jeden z pierwszych bliższych kontaktów z „Gazetą Wyborczą” Jarosław Kurski nawiązał w czerwcu 1990 r. za sprawą Lecha Wałęsy. Wałęsa, który był przewodniczącym odrodzonego związku Solidarność i szykował się do rozpoczęcia prezydenckiej kampanii, poprosił swojego rzecznika, którym był od 1989 r. Kurski, by wysłał bardzo pilny faks do „Wyborczej”.

W oficjalnym stanowisku przewodniczący informował, że istnieje konieczność odebrania gazecie znaczka Solidarności. W związku z tym redakcja nie może już dłużej posługiwać się hasłem, które na pierwszej stronie drukowane było od pierwszego numeru: „Nie ma wolności bez Solidarności”.

Wałęsa poprosił też, by rzecznik dopisał w tym samym komunikacie, że Adam Michnik równocześnie powinien się czuć odwołany z funkcji redaktora naczelnego. „Jestem zmuszony podjąć taką decyzję, a chciałbym to zrobić w sposób koleżeński” – pisał Wałęsa, a gdy Kurski protestował przeciwko wysyłaniu tej treści faksu, ten zarzucał mu opieszałość.

Miesiąc później Kurski zwolnił się z rzecznikowania, bo nie chciał wykonać polecenia Wałęsy, by rozprawił się należycie z „Gazetą Wyborczą”, która notorycznie drukowała krytyczne uwagi czytelników pod adresem przewodniczącego.

Dla Wałęsy, który rozpoczynał wtedy wojnę na górze, wszystko zaczęło się łączyć w logiczną całość. Kurski został zarekomendowany Wałęsie przez Michnika, więc nie ma wątpliwości, że jest wobec niego lojalny. A zatem to wtyka.

Tylko – jak mówi jeden ze znajomych Kurskiego – on Michnika wtedy jeszcze nie znał. I dopiero po czasie dowiedział się o tej rekomendacji.

W cieniu Lecha

Gdy 20 października 1989 r. Lech Wałęsa, wtedy najważniejsza osoba w państwie, ogłosił, że jego rzecznikiem będzie nikomu nieznany 26-letni prawnik, wszyscy pytali, kto to jest.

Bardziej znana była mama Jarka Anna Kurska, sędzia i działaczka podziemia. W 1980 r. trafiła do Zarządu Regionu Solidarności, ale była w tzw. gwiazdozbiorze, czyli frakcji Andrzeja Gwiazdy, bardzo krytycznej wobec poczynań Wałęsy.

– Wałęsa zapamiętał mamę – wspomina Jacek. – I gdy potem Michnik zasugerował, bo miał duży wpływ na Wałęsę, by wziął Jarka, to on skojarzył nazwisko, choć brata w ogóle nie znał.

Praca rzecznika polegała głównie na zabieganiu ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]