POLITYKA

Czwartek, 20 czerwca 2019

Polityka - nr 23 (2301) z dnia 2001-06-09; s. 3-9

Raport

Paweł Walewski

Kwadratowe pigułki

Za leki płacimy za dużo jako pacjenci i podatnicy

W 2000 r. na polskim rynku sprzedano lekarstwa za 10,5 mld zł, o ponad 1 mld więcej niż rok wcześniej. Co piątą złotówkę z naszych ubezpieczeń zdrowotnych kasy chorych wydały na leki, ale i tak z roku na rok refundacja jest coraz niższa i polski pacjent z własnej kieszeni płaci za medykamenty proporcjonalnie najwięcej w Europie. Jeśli chcemy powstrzymać ten drastyczny wzrost wydatków, trzeba uporządkować rynek farmaceutyczny i wprowadzić przejrzyste kryteria refundacji. Obecna polityka lekowa działa często na rzecz wąskich interesów grupowych i powoduje patologie, za które płacimy i jako podatnicy, i jako pacjenci. Bywa że człowiek przymuszony chorobą zostawia w aptece połowę albo i więcej pensji lub emerytury. Po dziesięciu latach jałowych dyskusji najwyższy czas na radykalne decyzje, które przetną strefy wpływów i niejawnych interesów na tym szczególnym rynku. Pytanie tylko: kto pierwszy się na to odważy?

Poprawie sytuacji na rynku leków mają służyć różne działania doraźne. Od 1 czerwca lekarze wypisują leki na nowych blankietach recept. Chodzi głównie o lepszą kontrolę nad ich wydawaniem. W niektórych województwach pojawią się na receptach dodatkowe zabezpieczenia: znaki wodne, kody kreskowe, numery nadane przez kasy chorych. Lekarze przygotowywali się do nowych reguł wyjątkowo starannie, ponieważ od pół roku toczyli z Ministerstwem Zdrowia bój o zmianę rozporządzenia opublikowanego już w grudniu 2000 r. Pojawiały się kolejne nowelizacje nowelizacji (co prezes samorządu lekarskiego Krzysztof Madej nazwał ze znawstwem „biegunką legislacyjną”) i jeszcze na dziesięć dni przed 1 czerwca prezes Świętokrzyskiej Izby Lekarskiej Maciej Szewczyk mówił mi: – Dopóki nie przeczytam ostatecznej wersji, nie będę wiedział, jak wykorzystywać nowe druki. Ktoś w ostatniej chwili usunie przecinek i będzie to miało znaczenie dla aptekarza, który nie wyda choremu lekarstwa.

Recepta pięćdziesięciocyfrowa

Lekarzom od początku chodziło o to, by recepty wypisywać szybciej i by nie ułatwiać urzędnikom kas chorych wnikliwej, a z lekarskiego punktu widzenia uciążliwej ...

Aptekarskie zmartwienia

Wedle Naczelnej Rady Aptekarskiej mamy w Polsce 9084 apteki, tylko w ostatnich trzech latach przybyło ich 1364. Aptekarze, którzy w tym roku świętują dziesięć lat istnienia swojego samorządu (odrodzonego w 1991 r. – wtedy było 3300 aptek), nie przestają spierać się i walczyć. Zawsze mają jakiegoś przeciwnika: a to wojewodów, którzy w połowie lat 90. przez kilka miesięcy zalegali z zapłatą za leki, a to kasy chorych, które mnożą przepisy i narzucają nowe obowiązki sprawozdawcze, a to Ministerstwo Zdrowia, które nie chce powierzyć aptek we władanie wyłącznie aptekarzy.

Trzeba przyznać, że samo środowisko jest podzielone – na farmaceutów bez specjalizacji aptekarskiej patrzy krzywo (nie każdy farmaceuta jest aptekarzem, ale każdy aptekarz to farmaceuta), podobnie jak na właścicieli aptek, którzy w ogóle z farmacją (poza prowadzonym biznesem) nie mają nic wspólnego. Nie każdy aptekarz jest zwolennikiem – lansowanej przez samorząd – idei „apteka biznesem rodzinnym”, tak samo jak nie każdy sprzeciwia się rozszerzeniu aptecznego asortymentu o środki kosmetyczne i drogeryjne. Wielu uważa, że gdy aptekarz będzie mógł sprzedawać środki higieniczne i proszki, nie będzie się starał wyjść na swoje wciskając pacjentom najdroższe lekarstwa.

Miejsce aptekarza w systemie ochrony zdrowia jest niewdzięczne. Z jednej strony oczekiwania pacjentów, by być obsłużonym w aptece szybko i kompetentnie, z drugiej presja lekarzy, by nie wtrącać się do ich ordynacji, a nad tym wszystkim kasy chorych, które wnikliwie chcą patrzeć aptekarzom na ręce. Co dwa tygodnie muszą raportować liczbę i rodzaj wydanych leków (od 1 lipca informacje przekazywane do kas zostaną poszerzone o dane pacjenta i lekarza wystawiającego receptę) i dopiero na tej podstawie otrzymują zwrot pieniędzy za refundowane leki. – W ten sposób kredytujemy kasy chorych, a hurtownie kredytują nas – mówi właścicielka apteki na warszawskim Ursynowie mgr Barbara Kozicka. Gdy zaczynała tu pracę dziesięć lat temu, miała na półkach 6 tys. leków – dziś może zaoferować dziesięć tysięcy.

Z jednej strony wykreowano opinię, że apteka to cudowny zarobek i wspaniały interes – powiada. – Ale stworzono również niebezpieczny mit, że aptekarze to zdziercy żerujący na kieszeni pacjenta. Wszystko ponoć mija się z prawdą, bo większość aptek musi brać kredyt na przetrwanie. 5,5 tys. mieszkańców na jedną aptekę stanowi minimum jej opłacalności, a w Polsce średnia ta wynosi już 4254. Powoli realizuje się scenariusz, który przewidywano od kilku lat: na rynek wkraczają wielkie międzynarodowe firmy, które albo otwierają swoje własne sieci aptek, albo odkupują je od polskich właścicieli (także aptekarzy). Nie dzieje się to w spokojnej atmosferze. W Warszawie swój pierwszy sklep będący połączeniem pełnoprofilowej apteki z drogerią otworzyła właśnie zagraniczna spółka Super-Pharm (1000 aptek w Ameryce Północnej i 100 w Izraelu), która zamierza zainwestować w Polsce 40 mln dolarów!

Sprawdziłem, na czym polega – tu cytat z materiału reklamowego – ta „nowa koncepcja sprzedaży aptekarskiej, która powstała w wyniku zapotrzebowania klientów poszukujących swobodnego dostępu do farmaceutyków i różnorodnych akcesoriów higienicznych”. Otóż aby przebić się do lady aptecznej umiejscowionej w głębi sklepu, trzeba zadecydować: czy przejść obok regałów z herbatkami i podpaskami, czy między regałami z żywnością dla psów, proszkami i papierem toaletowym. Jest jeszcze trzecia trasa, przez dział z perfumami, ale tej nie polecam, bo najdłuższa. Okręgowa Rada Aptekarska negatywnie zaopiniowała w grudniu wydanie koncesji dla tej apteki, a wojewódzki inspektor farmaceutyczny nie wyraził zgody na jej otwarcie. Właściciel odwołał się do głównego inspektora farmaceutycznego i ten w kwietniu – bez porozumienia się z izbą aptekarską i wojewódzkim inspektoratem – koncesję przyznał. Super-Pharm planuje otworzyć w Polsce 50 placówek i zanosi się na to, że w żadnym województwie nie obejdzie się bez podobnych napięć.

Zprobówki do apteki

Droga nowego leku na rynek farmaceutyczny jest długa, a w Polsce szczególnie wyboista. Spośród 10 tys. poddawanych badaniom cząstek chemicznych o prawdopodobnym działaniu leczniczym, zaledwie kilka zostaje dopuszczonych na świecie do procedur rejestracyjnych. Zwykle musi upłynąć około dziesięciu lat zanim okaże się, czy zsyntetyzowana w laboratorium substancja jest skuteczna i bezpieczna – kilka tysięcy ochotników uczestniczy w badaniach, a producent kompletuje w tym czasie pełną dokumentację.

Komisja Rejestracji powołana przez ministra zdrowia w Instytucie Leków rocznie rozpatruje 500 wniosków o dopuszczenie nowych leków na rynek i w 90 proc. są to leki odtwórcze. Wnioski składają polscy i zagraniczni wytwórcy – nie tylko renomowane koncerny międzynarodowe, także firmy z Indii i Chin. Po wydaniu pozytywnej decyzji przez komisję, minister zdrowia wpisuje lek do rejestru. Wszystkie te etapy mają swoją cenę – koszt rejestracji wynosi zatem od kilku do kilkunastu tysięcy dolarów.

Od tej chwili producent może ubiegać się o wprowadzenie leku na listę refundacyjną. Mamy w Polsce – chyba jedyni na świecie – kilka list, na których znajdują się leki refundowane przez kasy chorych: podstawową (pacjent płaci za wszystkie leki z tej listy tylko 2,50 zł, resztę pokrywa kasa), z odpłatnością 30- i 50-procentową. Aby umieścić na listach swój lek, producent zagraniczny negocjuje z Ministerstwem Zdrowia jego cenę, producent krajowy ma ją zaś ustaloną z góry przez resort finansów – chodzi o to, by wydatki z budżetu utrzymywać w ryzach.

Miejsce na liście gwarantuje lekom sukces rynkowy, ponieważ refundacja (choćby na niskim poziomie) obniża koszt leków dostępnych w aptekach.

Ocenia się, że od 500 do 800 mln zł rocznie firmy farmaceutyczne przeznaczają w Polsce na promocję swoich leków. Oczywiście mogą sobie na to pozwolić zwłaszcza producenci zagraniczni, którzy zatrudniają specjalnych reprezentantów (tzw. repów) utrzymujących ścisłe kontakty z klinikami, przychodniami i aptekami. Pół roku temu wytwórcy posądzani o nieuczciwe zagrywki reklamowe uzgodnili Kodeks Etyki Marketingowej Leków OTC, choć prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Krzysztof Madej odniósł się do tej inicjatywy krytycznie.