POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 26 (2711) z dnia 2009-06-27; s. 12-14

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Łagodnie szukamy dna

George Soros o tym, kiedy kryzys osiągnie swoje dno, o końcu pewnej epoki, potrzebie podnoszenia podatków i o tym, jak pogodzić wolność z koniecznością globalnej kontroli nad gospodarką

Jacek Żakowski: – Pamięta pan pierwsze zdanie swojej ostatniej książki?

George Soros: – Nie bardzo.

„Jesteśmy w trakcie najgorszego kryzysu finansowego od lat trzydziestych ubiegłego wieku”.

Napisałem to zdanie w Boże Narodzenie 2007 r.

A teraz gdzie jesteśmy?

Sytuacja zmieniła się radykalnie 15 września zeszłego roku, kiedy upadł bank Lehmann Brothers. Bo wtedy kryzys finansowy stał się kryzysem gospodarczym. System finansowy zakaził realną gospodarkę. Bank trzeba było sztucznie podtrzymać przy życiu, żeby nie upadł i nie zniszczył całej gospodarki. Problem polega na tym, że kryzys finansowy zmienił zachowanie przedsiębiorstw i konsumentów. W ciągu kilku miesięcy handel międzynarodowy skurczył się o 40 proc. Cała gospodarka zaczęła się zwijać.

Gdzie dziś jesteśmy na drodze tego zwijania się światowej gospodarki? Czy już jesteśmy na dnie, jak mówią niektórzy?

Gospodarka weszła w fazę swobodnego spadania. Swobodne spadanie nigdy nie trwa bez końca. Wreszcie trafia się na jakieś twarde dno. Na początku roku nikt nie wiedział, gdzie ono jest. To było przerażające. Ale ono okazało się bliższe, niż można było sądzić. Myślę, że już go sięgnęliśmy. I trochę się odbiliśmy. Ludzie to zobaczyli i poczuli ulgę.

Więc zaczęli się trochę inaczej zachowywać.

Oczywiście. Bo gospodarka jest jak piłka. Jeśli jakiś czas swobodnie spada, to wiadomo, że wcześniej czy później odbije się od dna, podskoczy, a potem będzie szukała łagodnie jakiegoś nowego dna.

Niżej czy wyżej niż dziś jesteśmy?

Pewnie trochę wyżej, ale tego się nie da przewidzieć.

Ale trudno się powstrzymać od przewidywania. Krugman i Rubini ostrzegają, że czeka nas stagflacja (niski wzrost oraz inflacja). Również Paul Volcker mówił niedawno, że może nas czekać wysoka inflacja, która wywoła następne problemy.

Ja na to patrzę inaczej. Skończyła się jakaś epoka. I nie ma do niej powrotu. Kto liczy, że stare czasy wrócą, ten się rozczaruje. Czeka nas coś nowego. Od lat twierdzę, że przyszłość jest nieprzewidywalna, więc nie będę jej teraz przewidywał. Ale są widoczne tendencje. Widać dobrze, że amerykańscy konsumenci nie będą już takim motorem światowej gospodarki, jakim byli przez ostatnie ćwierć wieku.

Bo przejedli całą swoją zdolność kredytową?

Właśnie. Skończyło się życie na kredyt. Przyszedł czas oszczędzania. Od drugiej wojny Amerykanie oszczędzali średnio siedem procent rocznie. Ale w ostatnich latach, w szczycie koniunktury, nic nie oszczędzali. Teraz oszczędzają mniej więcej pięć procent. Jestem przekonany, że w najbliższych latach będzie to przeszło siedem procent. Pewnie nawet ponad dziesięć procent. To znaczy, że nowego boomu nie będzie. Ameryka będzie się rozwijała najwyżej trzy procent rocznie. To za mało, żeby napędzić światową gospodarkę. Na szczęście są regiony, które będą się rozwijały szybciej. Zwłaszcza Chiny, które pierwsze wyjdą z tego kryzysu. Więc będziemy mieli szybko rosnące Chiny, wolno rozwijającą się Amerykę, która może też mieć wzrost zerowy, Europę, która będzie rozwijała się wolniej niż ostatnio, ale nie o tyle wolniej co Ameryka, i resztę świata rozwijającą się szybciej niż Zachód.

Czyli będziemy relatywnie słabli.

Z pewnością.

Nowa epoka musi zapłacić za błędy starej epoki?

I za ratowanie się przed katastrofą. Bo na załamanie rynku kredytowego i kryzys wiarygodności musiała odpowiedzieć jedyna instytucja, która jeszcze miała wiarygodność.

Czyli państwo.

Tak. I państwa, żeby ratować gospodarkę, musiały drukować pieniądze. W Ameryce kwota dodrukowanych pieniędzy wzrosła od września z 800 mld do ponad trzech bilionów, nie licząc ponad ośmiu bilionów gwarancji kredytowych. Te pieniądze rząd będzie musiał wycofywać z rynku w miarę, jak będą ruszały normalne kredyty. Inaczej deflacja może przejść w inflację. To jest dla wszystkich jasne.

Nie ma od tego ucieczki?

Mnie stagflacja (stagnacja + inflacja) wydaje się dobrym wyjściem z sytuacji. Bo alternatywą jest depresja (spadek PKB) i deflacja (spadek cen). Bez inflacji narastające długi zaduszą gospodarkę.

Ma pan wyobrażenie, jaka to może być inflacja?

Duża chyba nie będzie, bo mamy wysokie bezrobocie i spore zapasy towarów, więc nie będzie silnej presji płacowej i możliwości podnoszenia cen. Ale może też być przeciwnie. Może wybuchnąć inflacja towarzysząca słabnięciu dolara. Tylko że nie wiemy, wobec jakich walut dolar zacznie słabnąć, więc trudno powiedzieć, jak to się odbije na cenach.

Nie martwi pana wizja nowego globalnego kryzysu zadłużeniowego?

Problem z tym kryzysem jest taki, że anomalie przekraczają wyobraźnię ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

George Soros (ur. 1930 r. w Budapeszcie) jest jednym z największych inwestorów finansowych i filantropów ostatniego półwiecza. Jako filantrop wydał około 8 mld dol. głównie na wsparcie demokratyzacji w krajach byłego obozu sowieckiego. Stworzona przez niego fundacja Open Society Institut wspierała m.in. rewolucje demokratyczne w Gruzji i na Ukrainie. W Polsce Soros finansował m.in. powstanie Fundacji Batorego. W ubiegłym tygodniu brał udział w seminarium zorganizowanym w ramach obchodów jej dwudziestolecia.