POLITYKA

Sobota, 16 grudnia 2017

Polityka - nr 39 (3129) z dnia 2017-09-27; s. 24-25

Polityka

Anna Dąbrowska

Łapa za Dudą

Dopiero z Krzysztofem Łapińskim na pokładzie prezydentura nabrała wagi i odwagi.

Rzecznik prezydenta, w randze ministra, nie poleciał w zeszłym tygodniu z Andrzejem Dudą do USA. – Zostałem, żeby trzymać rękę na pulsie w kraju – mówi Krzysztof Łapiński. – Czasy są teraz gorące, przygotowujemy się do przedstawienia ustaw sądowych, jestem na posterunku. Nie chce, aby przez różnicę czasów jakaś informacja żyła przez kilka godzin swoim życiem. Chce reagować natychmiast. I zareagował, kiedy wypłynęła informacja, że Michał Królikowski jest na celowniku Ziobry: „Prezydent powiedział mi: spokojnie, dziś wracam. Przyjrzymy się temu, trzeba spokojnie działać i nie popadać w stany emocjonalne, które nie służą całości sprawy”. Na posterunku został też podczas Forum Ekonomicznym w Krynicy, kiedy prezydent Duda wyjechał tuż przez przyjazdem premier Szydło. Wywołał tam zamieszanie polityczne wypowiedzią, że gdyby prezydent chciał rozmawiać o kadrowych zmianach w rządzie, to zwróciłby się do prezesa Kaczyńskiego.

Publicysta prorządowego portalu wPolityce.pl Ryszard Makowski pisał: „Bez względu na to, czy Krzysztof Łapiński jest harcownikiem za zgodą pana prezydenta czy bez, pojawił nam się znaczący ośrodek decydencki”. Łapiński pytany o swoją dymisję odpowiedział w Polsacie, że „wykonuję pewne kwestie, które zostały mi zlecone przez prezydenta”. Łapiński ma pełne prezydenckie błogosławieństwo.

Jest umiarkowanym konserwatystą, mieszkańcem warszawskiego miasteczka Wilanów, nigdy nie był ulubieńcem mediów ojca Rydzyka, nie bywał na miesięcznicach smoleńskich. W przyszłym roku skończy 40 lat, a od 15 jest związany z PiS. Z wykształcenia politolog po Uniwersytecie Warszawskim i piarowiec. – Wielu moich kolegów poszło w biznes i oczywiście osiągnęli większy sukces materialny niż ja. Ale ja robię rzeczy, których nie da się wycenić i nie zamieniłbym się z nimi – mówi Łapiński. Najpierw zapisał się do Przymierza Prawicy, a potem, jak wielu z tej formacji, wstąpił do partii braci Kaczyńskich. Dlaczego do PiS? – Po upadku AWS to była szeroka formacja prawicowa, konserwatywna, stawiała na walkę z przestępczością, korupcją. To było i jest mi bliskie – odpowiada.

Przez dwie kadencje był radnym warszawskiej Pragi Południe. Raz przegrał samorządowy mandat. – Już w samorządzie widać było, że potrafi postawić się własnej partii – mówi warszawski radny PiS. – I za to nawet został z partii wyrzucony. W 2006 r. burmistrz awansował na wojewodę i trzeba było powołać nowy zarząd dzielnicy. Jeden z kandydatów PiS na wiceburmistrza przepadł w tajnym głosowaniu. Łapiński wcześniej mówił, że nie popiera kandydata. Zarząd okręgowy wyrzucił go za to z partii. Łapiński odwołał się do Komitetu Politycznego, przed którym sprawa zawisła na osiem długich lat. Dopiero w 2014 r. szef warszawskich struktur Mariusz Kamiński unieważnił uchwałę o wyrzuceniu Łapińskiego. Ten honorowo zapłacił partyjne składki za osiem lat, prawie tysiąc złotych. Lokalne rozgrywki nie zamknęły mu bowiem drzwi na Nowogrodzką. Nie założył rodziny, każdą wolną chwilę poświęca ugrupowaniu. Zaczynał od pracy w biurze prasowym w sejmowym klubie PiS. – To była świetna szkoła polityki i komunikacji, rozkręcał się TVN24, musieliśmy się wszystkiego szybko nauczyć. PiS był wtedy niewielkim klubem, ale mocnym intelektualnie. Ruszyła orlenowska komisja śledcza, wspierałem w niej posła Wassermanna – wspomina Łapiński. Po pierwszym wyborczym zwycięstwie zostaje rzecznikiem prasowym ministra ds. służb specjalnych Zbigniewa Wassermanna.

Kiedy PiS po dwóch latach oddał władzę, Łapiński wrócił do centrali przy Nowogrodzkiej. I znów współpracował z Wassermannem przy komisji śledczej, tzw. hazardowej. W 2010 r. namawiano go na start w wyborach, ale konsekwentnie odmawiał. Jeden z posłów PiS pamięta, jak w rozmowie z nim przyznał, że polityka dzieje się przy Nowogrodzkiej, że woli być bliżej prezesa i już wtedy wyrastającego na numer dwa w partii Joachima Brudzińskiego.

W kampanii parlamentarnej 2011 r. Jarosław Kaczyński objeżdżał kraj, tysiące kilometrów w drodze, a razem z nim Krzysztof Łapiński. – Prezes miał do niego duże zaufanie, wiedział, że Krzysiek jest oddany partii, że nie gra na siebie, bo nawet nie chciał miejsca na liście wyborczej – opowiada pracownik partii z Nowogrodzkiej. W 2012 r. dwie godziny przed tym, jak PiS ogłosił światu nazwisko Piotra Glińskiego – swojego kandydata na technicznego premiera – Krzysztof Łapiński odbiera telefon od ówczesnego rzecznika partii Adama Hofmana. Słyszy, że został oddelegowany przez najważniejsze partyjne czynniki na asystenta Glińskiego.

Łapiński oczywiście nie odmawia, doradza, oprowadza, umawia wywiady. Przez kilka miesięcy spektaklu, od rana do wieczora nie odstępuje Glińskiego na krok. Krąży między Wiejską, Nowogrodzką a ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]