POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 24 (2354) z dnia 2002-06-15; s. 32-34

Kraj

Mariusz Janicki

Lech od Leszka

Nikolski nigdy nie pchał się przed szereg, cierpliwie czekał

Lech Nikolski, szef gabinetu politycznego premiera Millera, służył tej samej partii, choć o kilku nazwach, od dwudziestu pięciu lat. I czekał. Patrzył, jak inni robią kariery i spalają się u władzy. Koledzy cenili go i lubili również dlatego, że im nie zagrażał. Dzisiaj jest Nikolski jednym z najbardziej wpływowych polityków w kraju. A i tak niektórzy uważają, że dopiero się rozkręca.

Przestronny gabinet Lecha Nikolskiego znajduje się na końcu cichego korytarza, wydawałoby się, że trochę na uboczu głównych kancelaryjnych szlaków i spraw. Ale to pozory. Jest bardzo blisko premiera od rana do nocy. Nikolski przyznaje się do pracy dwuzmianowej: średnio od godz. 8 do 22, oczywiście jeśli nic się nie dzieje. Ale to normalne w tej instytucji. Do legendy przeszedł Jan Maria Rokita, szef URM za premier Hanny Suchockiej, za którego określenie nienormowany czas pracy nabrało nowego sensu. Następcy próbują mu dorównać.

Gabinet polityczny szefa rządu to placówka o wszechstronnych funkcjach: planuje kalendarz spotkań, doradza, analizuje, konsultuje, kontaktuje i przygotowuje publiczne wystąpienia. W liczbie dojść do szefa – a to kryterium w sferze władzy podstawowe, o czym pisał już w „Cesarzu” Ryszard Kapuściński – Nikolski jest notowany bardzo wysoko. A konkurencja w otoczeniu premiera jest na tym polu duża. Grzegorz Rydlewski, kierujący zespołem doradców, Tadeusz Iwiński, doradca do spraw międzynarodowych, czy Michał Tober, minister rzecznik, chcą służyć premierowi w każdej chwili.

Swoje ambicje ma tutaj ...