POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 20 (3110) z dnia 2017-05-17; s. 15-17

Temat tygodnia

Grzegorz Rzeczkowski

Lech Wielki

Jarosław Kaczyński wezwał patriotów do stawiania kolejnych pomników swemu bratu. Wbrew faktom, bez umiaru, budowany jest kult Wielkiego Prezydenta. To akt przemocy politycznej i symbolicznej. Pomniki, jak słupy graniczne, mają pokazać, czyja tu jest władza.

Lewa ręka uniesiona wysoko w geście pozdrowienia, prawa ściska rękę prezydentowej. Twarze delikatnie uśmiechnięte. Krok zdaje się spacerowy, skierowany w stronę tablicy, na której wyryto: „Warto być Polakiem”. Całość w kolorze złocony brąz przywodzi na myśl monumenty stawiane znacznie dalej, w kierunku wschodnim. Najnowszy pomnik Lecha i Marii Kaczyńskich z Białej Podlaskiej szybko zdobył sławę wybiegającą poza lokalną społeczność. Największą zasługę ma w tym prezes PiS, który podczas uroczystego odsłonięcia na początku maja ogłosił, że „każdy, kto jest polskim patriotą, musi być przekonany, że warto, by jego [czyli brata – red.] pomniki stały w różnych polskich miastach”. Słowa wywołały aplauz, ale też konsternację i szydercze komentarze w rodzaju wezwań do budowy pomników Kaczyńskich w każdej wsi (Roman Giertych) czy umieszczania na cokole napisów „Terrain ahead” i „Pull up” (Radosław Sikorski). Gdzieś pośrodku pojawiły się pytania, czy to rzeczywiście najlepsza forma upamiętnienia prezydenta, który choć na pamięć zasłużył, to przecież pomnikowy nie był, nie tylko w sferze dokonań, ale i stylu bycia. Tym bardziej Maria Kaczyńska, do której spiż pasuje jeszcze mniej.

Fakty i mity

Raczej nikt nie ma wątpliwości, że pomniki to część planu prezesa, który po trosze stawia je sobie, i to nie tylko ze względu na podobieństwo do brata. To są nowe słupy graniczne pokazujące siłę i pewność siebie władzy.

O ile z pomnikami nie jest jeszcze tak, jak chciałby prezes, o tyle liczba tablic, ulic, placów, rond, parków czy skwerów poświęconych pamięci Lecha i Marii jest już bliższa jego ambicjom i wyobrażeniom. Można je już liczyć w setkach. Plus jedyna Krajowa Szkoła Administracji Publicznej, od niedawna imienia Prezydenta RP Lecha Kaczyńskiego. I na przykład Gazoport. W przyszłości może wielki Centralny Port Lotniczy.

Wikipedia pod hasłem „Pomniki i tablice pamiątkowe po katastrofie polskiego Tu-154 w Smoleńsku” wylicza co najmniej 40 tego typu upamiętnień tragicznie zmarłego prezydenta, w tym kilka pomników, m.in. stojący nielegalnie na placu przed urzędem wojewódzkim w Warszawie oraz słynny „pomnik na kółkach”, czyli odsłonięte przez Antoniego Macierewicza, a potem wynoszone przed siedzibę dowództwa warszawskiego garnizonu popiersie Lecha Kaczyńskiego. Są też pomniki m.in. w Radomiu, Dębicy i Siedlcach, gdzie 2,5-metrowy Lech Kaczyński na granitowym cokole trzyma w ręku księgę, na której wyryto głowę orła w koronie łudząco podobnego do tego z logo PiS.

W Dębicy płaskorzeźbę z prezydenckim wizerunkiem przytwierdzono na szczycie pięciometrowej imitacji steru tupolewa. PiS, w osobie posła Jana Warzechy, szefa komitetu społecznego budowy, wznosił pomnik w charakterystycznym dla tej partii stylu „wszystko mogę”, czyli ignorując apele i protesty tych, którzy uważali, że to polityczna inicjatywa, nieprzystająca do miejsca będącego upamiętnieniem rodziny ratującej podczas wojny Żydów. Ale – jak wiadomo – tam, gdzie rządzi PiS, tam i ostateczną rację ma PiS.

Dlatego prezes może już planować wyjazd do Białegostoku, gdzie radni PiS przeforsowali budowę monumentu, mimo sprzeciwu większości mieszkańców. Nie pomogły argumenty, że Lech i Maria Kaczyńscy mają już tam skwer i wspólny z innymi ofiarami katastrofy pomnik przy jednym z kościołów, że lepiej – i bardziej logicznie – byłoby postawić pomnik Ryszardowi Kaczorowskiemu, ostatniemu prezydentowi RP na uchodźstwie, który pochodził właśnie z Białegostoku. Lech Kaczyński „odegrał historyczną rolę w życiu narodu i państwa” i zostawił nam wielkie dziedzictwo – szef podlaskiego PiS, minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel, nie pozostawił żadnych złudzeń, że jakikolwiek opór ma sens.

PiS od lat próbuje przekonać społeczeństwo, że Lech Kaczyński był wybitnym prezydentem i wielkim mężem stanu, otaczając go przy wsparciu Kościoła kultem niemal uświęconym. Jakoś tylko nie może przedstawić na to dowodów, poza powtarzaniem w kółko – jak prezes PiS w Białej Podlaskiej – „że wpisał się w polską historię, jak może nikt inny w ciągu ostatnich dziesięcioleci”, „był politykiem naprawdę polskim”, „walczył z komunizmem”, a w polityce międzynarodowej „dokonał wielkiego zwrotu”, by Polska była „podmiotem, a nie przedmiotem światowej polityki”.

Tyle że – o czym przy każdym kolejnym wymuszonym pomniku trzeba przypominać – fakty mówią coś zupełnie innego: Lech Kaczyński był bardzo słabym, bardzo niepopularnym prezydentem. By się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do badań CBOS. Wynika z nich, że już na początku swej prezydentury nie cieszył się wysokimi notami. Po pierwszym miesiącu urzędowania tylko 39 proc. ankietowanych oceniało dobrze jego pracę, co było ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]