POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 35 (3125) z dnia 2017-08-30; s. 16-17

Temat tygodnia

Ewa Siedlecka

Legalne łamanie konstytucji

Śledzenie, nagrywanie i podsłuchiwanie w miejscach publicznych to są rutynowe działania policji i służb wobec nieformalnej opozycji. A prawdopodobnie też wobec niektórych polityków opozycji parlamentarnej.

Informacje z tekstu Wojciecha Czuchnowskiego w „Gazecie Wyborczej” (z 21 sierpnia) są bulwersujące. Tyle że większość tych działań policji była zgodna z Ustawą o policji i z Kodeksem postępowania karnego. Można zapytać: dlaczego ustawy są niezgodne z konstytucją? A także z prawem UE, Rady Europy i ONZ? I dlaczego jest tak nie od czasu rządów PiS, ale od co najmniej kilkunastu lat?

Odpowiedź brzmi: bo przepisy inwigilacyjne piszą w III RP służby specjalne i policja – pod siebie. A nas mamią wizją „bezpieczeństwa”. Mamią skutecznie: ludzie wierzą, że im więcej będzie inwigilacji, tym mniej grozi im, że będą okradzeni, zamordowani czy padną ofiarą zamachów terrorystycznych.

Teraz okazało się, że naszemu „bezpieczeństwu” zagrażają: Obywatele RP, KOD, Akcja Demokracja, Obywatele Solidarnie w Akcji, Stowarzyszenie TAMA, Strajk Kobiet. I Ryszard Petru.

Polskie prawo wymaga zgody sądu wyłącznie na stosowanie podsłuchu telefonicznego czy „pokojowego” – w pomieszczeniach prywatnych. I na kontrolę korespondencji. Nie wymaga jej natomiast ani na to, żeby człowieka śledzić, chodząc za nim, obserwując np. za pomocą monitoringu wizyjnego czy dronów. Nie trzeba zgody na podsłuchiwanie i podglądanie w miejscach publicznych. Prawdopodobnie sąd nie uznałby też, że konieczna jest jego zgoda na podsłuchiwanie kogoś za pomocą przyczepionego ukradkiem do jego ubrania urządzenia podsłuchowego. Tak jak nie wymaga się – w przeciwieństwie do prawa innych krajów Rady Europy czy UE – sądowej zgody na śledzenie za pomocą przyczepionego do samochodu nadajnika GPS. Ani na podsłuchiwanie za pomocą mikrofonów kierunkowych: z drona lub przyczepionych do okna mieszkania czy biura.

Technika szpiegowska poszła tak bardzo do przodu, że podsłuch „pokojowy” stał się anachronizmem. A nasze prawo utknęło w latach 90. Śledzenie – tzw. obserwacja – nie jest poddane niezależnej kontroli. Podobnie jak sięganie po dane telefoniczne: lokalizacje telefonu mobilnego, billingi rozmów, badanie sieci powiązań. Policja może pobierać te dane bezpośrednio od operatora telefonicznego i nie musi o nie prosić. Także jeśli dotyczą np. dziennikarzy, dzięki czemu można łamać tajemnicę dziennikarskich źródeł informacji.

Na początku 2016 r. wybuchła afera z inwigilacją dziennikarzy za czasów koalicji PO-PSL, głównie tych opisujących „aferę taśmową” (podsłuchiwanie polityków i biznesmenów w restauracjach). MSW zrobiło „audyt”, którego wyniki opatrzono klauzulą niejawności. Posłano prokuraturze, a ta nie dopatrzyła się przestępstwa. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że owa inwigilacja polegała na sięganiu po ich dane telekomunikacyjne czy śledzeniu. Teoretycznie powinno się to dziać w ramach konkretnego postępowania, ale nie ma zewnętrznej kontroli, czy policja i służby nie nadużywają tych uprawnień. Za to inwigilować można w ten sposób każdego, nie tylko osoby podejrzewane o cokolwiek.

Podobnie – dzięki pisowskiej nowelizacji prawa z początku 2016 r. (tzw. ustawa inwigilacyjna) – nie trzeba żadnego przestępstwa, aby policja i służby zapoznawały się niejawnie z danymi o tym, jak korzystamy z internetu: z jakimi stronami się łączymy, jakie pliki ściągamy, z kim korespondujemy mailowo. Policja nie może jedynie – bez zgody sądu – zajrzeć do treści tej korespondencji. Ale i bez tego, analizując tylko nasze zainteresowania, kontakty i miejsca pobytu, może o nas wiedzieć niemal wszystko. A do tego ma dostęp do wszelkich rejestrów publicznych, w tym danych o zdrowiu, zatrudnieniu czy korzystaniu z pomocy społecznej. A dzięki uchwalonej nieco ponad rok temu ustawie antyterrorystycznej ABW może w ramach „testowania bezpieczeństwa sieci telekomunikacyjnych” legalnie włamywać się do wszelkich systemów komputerowych, łącznie z tymi, które działają wewnątrz firm.

Do niedawna znaliśmy przynajmniej ogólne dane o liczbie „sięgnięć” policji i służb po dane telekomunikacyjne. Po pisowskiej nowelizacji z lutego 2016 r. już ich nie poznamy. W ramach wprowadzenia mechanizmu zewnętrznej kontroli nakazano te dane przekazywać raz na kwartał sądom, które – jeśli zechcą – mogą je skontrolować. Dane te jednak należy przekazywać „w trybie informacji niejawnych”, z czego wyciągnięto wniosek, że same dane statystyczne też są tajne.

Taka dobrowolna kontrola sądowa okazała się papierowa. Dane zebrane na początku tego roku przez Fundację Panoptykon pokazują, że wykonują ją nieliczne sądy. I to losowo. I że MSW nie reaguje na zgłaszane przez sędziów przypadki nadużyć. Np. że pobierane są dane telekomunikacyjne w przypadkach podejrzenia o wykroczenie, czego policji i służbom robić nie wolno. Ale akurat wykroczenia są polem, na którym można gnębić Obywateli RP i innych dysydentów, więc MSW nie jest zainteresowane w wyjaśnianiu tego typu „nieprawidłowości”, czyli w istocie przestępstw nadużycia władzy.

Pokrzywdzony nie wytoczy sprawy, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]