POLITYKA

Piątek, 22 lutego 2019

Polityka - nr 1 (2840) z dnia 2012-01-03; s. 6

Flesz. Ludzie i wydarzenia / Kraj

Jacek Żakowski

Leopold Unger (1922–2011)

Najpierw go słyszałem w Wolnej Europie. Potem czytałem w paryskiej „Kulturze” i czasem (bo trudno było dotrzeć) w „International Herald Tribune”. Wreszcie stałem się jego wiernym czytelnikiem, gdy zaczął na stałe pisać w „Gazecie Wyborczej”.

To były lata 70., 80., 90. i ostatnie. Więc można powiedzieć, że załapałem się na późny okres jego aktywności. Jak większość moich rówieśników całkiem straciłem młodego Ungera – podporę „Życia Warszawy” w latach 50. i 60. Ale dla dużej części naszego pokolenia polskich dziennikarzy Leopold Unger był międzygeneracyjnym wyzwaniem. Nie tylko dlatego, że stał się jednym z bardzo niewielu kolegów, którzy po emigracji w prasie francusko- („Le Soir”) i anglojęzycznej („IHT”) poradzili sobie nie gorzej niż w polskiej. I nie z tego powodu, że jako brukselczyk z paryskiej „Kultury” uczył nas myślenia o świecie. Nawet nie dlatego, że ciągnął się za nim ujmujący szarm trochę z wielkiego świata, a trochę ze świata minionego, do którego się w PRL ...