POLITYKA

Poniedziałek, 26 sierpnia 2019

Polityka - nr 13 (2901) z dnia 2013-03-27; s. 114-117

Ludzie i style

Sebastian Frąckiewicz

Licencja na podgniwanie

Najpierw zaraził swoimi „Żywymi trupami” świat komiksu, potem telewizję, branżę gier wideo, dzisiaj audiobooki. A ledwie stojące na nogach gnijące zombie zamienił w dynamiczną markę handlową.

Jeszcze kilka lat temu Robert Kirkman był po prostu dobrze zapowiadającym się scenarzystą, słabo jednak znanym poza środowiskiem komiksowym. Dziś świetnie zarabia i jest jedną z kluczowych postaci amerykańskiej rozrywki. Przede wszystkim dlatego, że okazał się równie utalentowanym twórcą, co menedżerem. A swoją opowieść o świecie opanowanym przez żywe trupy – zombie – potrafił umiejętnie sprzedać jako franczyzę.

W świecie komiksu, z którego się wywodzi i z którym nadal jest najsilniej związany, to rzadka umiejętność. Opanowali ją nieliczni, choćby Jim Davis, autor Garfielda i właściciel Paws Inc. – firmy posiadającej wyłączne prawa autorskie do postaci złośliwego kocura. Z reguły jednak prawa do postaci trzymają w garści wydawcy, a twórcy największych hitów nie mają nawet na porządną emeryturę – czego najbardziej spektakularnym przykładem byli autorzy Supermana.

Kirkman wybrał wariant Davisa i sam kieruje firmą Skybound, zarządzającą jego własnością intelektualną. Roboty mu nie brakuje, bo poza komiksem, serialem i grą wideo pod tym samym tytułem autorstwa Telltale Games, Skybound zajmuje się całym merchandisingiem. Dziś już trudno policzyć ...

Noc żywych audiobooków

Marcin Zwierzchowski

Rynek audiobooków w Polsce, choć prężny, do rozwoju potrzebuje rozgłosu. Ten zaś mogą zapewnić tak odważne projekty jak pierwsza na świecie dźwiękowa adaptacja kultowego komiksu „Żywe trupy”. Jej autorzy to warszawskie studio Sound Tropez. Powstało niecałe cztery lata temu, obecnie jest bodaj największym rodzimym producentem audiobooków. Mają na koncie m.in. „Fight Club” Palahniuka, „Bajki robotów” Lema, biografie Steve’a Jobsa i sir Alexa Fergusona. Do niedawna ich najgłośniejszą produkcją była „Gra o tron” na podstawie powieści George’a R.R. Martina o tym samym tytule. Osiem miesięcy pracy z ponad setką aktorów, w tym Robertem Więckiewiczem w roli Neda Starka i Agatą Kuleszą jako jego żoną Catelyn, zaowocowało ponad 30 godz. materiału i specjalną Złotą Kaczką, po raz pierwszy przyznaną komuś spoza świata filmu. Wtedy jednak cały splendor spłynął na wydawcę, Audiotekę. Inaczej ma być teraz. – Miało brzmieć filmowo – mówi Michał Szolc z Sound Tropez, pomysłodawca i producent przedsięwzięcia. – Chcieliśmy, aby słuchacz miał wrażenie, że słyszy dźwięk z telewizora stojącego w pokoju obok.

Sound Tropez to cztery działające niezależnie studia – budynek, w którym co kilka kroków trafia się na dźwiękoszczelne drzwi, a ściany wielu pomieszczeń pokrywa powycinana w przedziwne wzory gąbka. Mimo trwających wciąż prac nad adaptacją „Żywych trupów”, próżno wypatrywać wiader pełnych jelit czy kubłów z krwią. – Używamy warzyw – tłumaczy Ramez Nayyar, realizator nagrań. Jak się okazuje, dźwięk wylewających się wnętrzności czy konsumowanego przez zombie mózgu najlepiej oddaje melon, a za każdym razem, gdy słyszymy odgłos łamanej kości, ktoś krzywdzi Bogu ducha winnego pora.

Produkcja „Żywych trupów” rozpoczęła się we wrześniu, w sumie nagranie trzygodzinnego audiobooka zabrało prawie pół roku. Najprostsze okazało się zdobycie praw. Amerykański agent Kirkmana, gdy usłyszał ich propozycję, zapytał wprawdzie: „Ale jak?”, ostatecznie dał im jednak zielone światło. Później musiał powstać scenariusz adaptacji, za co odpowiedzialny był Michał Wojnarowski.

Potem było już trudniej, bo o ile w „Grze o tron” mieli niemal gotowy do przeniesienia scenariusz, tu trzeba było bazować na obrazku. Praca realizatora niewiele różniła się tu od tego, co na co dzień robi reżyser na planie filmowym, bo tak jak ten musi obmyślać perspektywy i mieć na uwadze pracę kamery, tak Nayyar tworzył coś na kształt „ujęć”. Mnóstwo jest także scen, w których nikt nic nie mówi, a mimo to bardzo wiele dzieje się w warstwie dźwiękowej. – Plan był taki, aby narratora było jak najmniej, aby nie dominował – tłumaczy Szolc. – Zaczęliśmy od nagrania wszystkich jego kwestii, systematycznie wycinaliśmy je jednak tam, gdzie można było je zastąpić efektami dźwiękowymi – dodaje.

Skoro jednak produkcja jest tak wymagająca, dlaczego Sound Tropez wybrało właśnie dźwiękową adaptację komiksu jako swój pierwszy w pełni samodzielny projekt? Na Zachodzie prawie się tego nie robi, w Stanach zajmuje się tym firma GraphicAudio, ale nawet przy tak prężnie działającym rynku komiksowym ich produkcje można policzyć na palcach obu rąk. W Polsce próbowano z „Tytusem, Romkiem i A’Tomkiem”, ale opracowanie tylko jednego zeszytu świadczy o tym, że formuła się nie przyjęła. – Tego typu niestandardowe pozycje budują rynek – wyjaśnia producent. – Mamy ambicje poszerzenia grupy docelowej odbiorców audiobooków, dziś głównie mężczyzn, fanów fantasy. Stąd trop serialowy.