POLITYKA

Niedziela, 26 maja 2019

Polityka - nr 40 (2161) z dnia 1998-10-03; s. 34-35

Kraj

Mariusz Janicki

Lista obcych nazwisk

Zanosi się na kolejną klęskę frekwencyjną. Zwłaszcza jeśli brać pod uwagę wygórowane oczekiwania autorów reformy administracyjnej państwa. Kampania jest na razie dla kandydatów, nie dla wyborców.

W wyborach lokalnych w 1990 r. frekwencja wynosiła tylko 42 proc.; w 1994 r. niespełna 34 proc.! Na razie chęć udziału w tych najbliższych deklaruje ok. 60 proc., ale to niewiele jeszcze znaczy. Czy politycy będą w stanie przełamać tę spadkową krzywą polskiej demokracji? Wiele wskazuje, że nie.

Zaskakująco pusty środek

Kampania wyborcza przebiega po raz kolejny według scenariusza: spektakularny początek - odpoczynek, czyli pisanie programu - intensywny finisz telewizyjny. Cechą charakterystyczną polskich kampanii jest przykładanie największej wagi do najmniej w istocie ważących jej elementów. Najbardziej namaszczone imprezy ostatnich tygodni to tzw. kampanijne inauguracje, firmowane przez kolejne komitety. Inscenizowane bitwy, pikniki, festyny, sponsorowane imprezy sportowe kosztują najmniej kilkanaście tysięcy złotych, a skierowane są przede wszystkim do własnych działaczy i zagorzałych zwolenników.

Inny obyczaj, który sporo kosztuje, a jest wydarzeniem li tylko symbolicznym (choć i to może za duże słowo) to krajowe konwencje wyborcze, pełne baloników, koszulek, znaczków i innych gadżetów, wspólnego śpiewania ...