POLITYKA

Niedziela, 25 sierpnia 2019

Polityka - nr 13 (2901) z dnia 2013-03-27; s. 25-27

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Los delfina

„Miał być delfinem, chciał być rekinem, a został leszczem” – powiedział niedawno z satysfakcją o Zbigniewie Ziobrze jego dawny partyjny kolega z PiS Adam Hofman. Ta formuła dość dobrze obrazuje los tych, którzy mają zastąpić partyjnych wodzów.

Największe nieszczęście, jakie może spotkać polityka, to dostać metkę sukcesora. Przekonało się już o tym wielu, a ostatnio trwa dyskusja, kto i czy w ogóle odważy się wystąpić jako rywal Tuska w przyszłorocznych wyborach w Platformie. Stanięcie w szranki z przywódcą – co jest, wydawałoby się, zwyczajną demokratyczną procedurą – jawi się w polskich warunkach jako bój śmiertelny i droga bez odwrotu. Sam Schetyna właśnie stwierdził, że odkłada decyzję o kandydowaniu, aby „nie dokładać Platformie problemów”. Czyli rywalizowanie o szefostwo jest dla partii „problemem”. Ale tak uczy praktyka. Nie na darmo Donald Tusk powiedział niedawno, że władzę w jego partii trzeba sobie wziąć, że nikt jej nie rozdaje. Przyjrzyjmy się zatem losom potencjalnych następców.

Delfin z powietrza

Najpierw PiS. Zbigniewa Ziobry na sukcesora nikt nie mianował, nikt oficjalnie nie potwierdził, że ma przejąć partię od Jarosława Kaczyńskiego, ale funkcjonowało to na zasadzie „no, przecież wiadomo”. Również sam Ziobro jakoś tak się nosił, tak wystawiał szczękę, tak spoglądał i chodził, jakby było wiadomo.

Tymczasem patron Ziobry ...