POLITYKA

Poniedziałek, 22 lipca 2019

Polityka - nr 18 (2243) z dnia 2000-04-29; s. 96-97

Społeczeństwo / Sport

Ryszarda Socha  [wsp.]Jan Dziadul  [wsp.]Tadeusz Olszański  [wsp.]Mariusz Urbanek

Łubu dubu

Frasyniuk na boks, Czarnecki – na żużel, Olechowski – na futbol

Na czele klubów sportowych coraz częściej stają politycy o nazwiskach znanych z czołówek gazet. Powód narzuca się sam. Na mecze od dawna przychodzi znacznie więcej widzów niż na mitingi polityczne.

W PRL sport był jednym z ważnych elementów frontu ideologicznego. – Tego nie można porównywać – protestuje Grzegorz Schetyna, poseł UW, prezes mistrza Polski w koszykówce Zeptera-Śląska Wrocław. – W PRL bardzo długo sport był zesłaniem dla działaczy, którym nie powiodło się w polityce. Atrakcyjny stał się dopiero w latach 70., gdy pojawiły się pieniądze i możliwość wyjazdów zagranicznych. Dziś do sportu idzie się z wyboru, a nie w ramach politycznej zsyłki.

2500 głosów ekstra

W pierwszej połowie lat 90., gdy kopalnie i huty przestały finansować kluby sportowe, polityków w sporcie praktycznie nie było. Grzegorz Schetyna, wówczas sekretarz generalny Kongresu Liberalno-Demokratycznego, był jednym z nielicznych. Trafił do koszykówki jako prezes rady nadzorczej Radia Eska. W 1994 r. radio zastąpiło sponsora, który nagle się wycofał. Schetyna został prezesem sekcji, a potem klubu.

Zaczął rządzenie od zwolnienia pięciu podstawowych graczy, którzy zbuntowali się przeciwko trenerowi. Śmiano się, że chce rządzić ...