POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 42 (2163) z dnia 1998-10-17; s. 32-33

Kraj

Anna Matałowska

Łzy w krainie uśmiechu

Kwitnące imperium - mówi Bogusław Kaczyński o teatrze, który zostawił. A zespół to prawdziwa kolekcja. Teraz wszedł facet i jak słoń w składzie porcelany tłucze kolekcję - podsumowuje nowego dyrektora. Kolekcja szepcze wystraszona: to jest rzeź. A nowy szef pyta, kto i dlaczego robi atmosferę zagrożenia.

Wiadomość błyskawicznie obiegła media: w warszawskim Teatrze Muzycznym Roma w trakcie arii z koncertu "Wielka sława to żart" Cecylia B., chórzystka, zamiast wyjść na scenę, wyskoczyła przez okno. W kostiumie scenicznym, z kwiatami w ręku. Nie wytrzymała napięcia, jak mówią koledzy. To była osoba trochę bardziej wrażliwa, bezbronna wobec stresu.

Dzień wcześniej wzięła z kasy 420 zł i rozpytywała, czy ktoś nie słyszał o tanim pokoju do wynajęcia. Może być za opiekę nad starszą czy chorą osobą. Co ja mam robić? - skarżyła się szefowi orkiestry. Coś poradzimy, uspokajał, ale nie minęło 20 minut i było po wszystkim.

Chórzystka zadzwoniła też do poprzedniego dyrektora Romy Bogusława Kaczyńskiego. Zdziwił się, skąd znała jego numer telefonu, w teatrze podał go może dwóm osobom. Też pytała, czy mógłby pomóc z tym pokoikiem, i dodała - jak mówi Kaczyński: - Niech pan do nas wraca, bo on nas wszystkich wykończy.