POLITYKA

środa, 22 maja 2019

Polityka - nr 20 (2654) z dnia 2008-05-17; s. 76-79

Historia

Wojciech Giełżyński

Maj na styropianie

Strajki z maja 1988 r. zapisały się w zbiorowej pamięci głównie utrwaloną na zdjęciach dramatyczną sceną wyjścia strajkujących ze Stoczni Gdańskiej. Jaka była geneza majowych protestów, jaką rolę odegrały w ostatecznym zwycięstwie Solidarności? Zamieszczamy relację Wojciecha Giełżyńskiego, znanego reportera, wówczas prasy podziemnej, którą spisał na podstawie swoich notatek i nagrań sprzed dwudziestu lat.

Majowe strajki nie pojawiły się jak deus ex machina, choć niektórzy tak właśnie je odebrali. Przeciwnie, wiosną 1988 r. czuło się przez skórę, że coś gruchnie. Rok wcześniej, na gdańskiej Zaspie, Jan Paweł II zdecydowanie wzmocnił ton wyciszony podczas poprzedniej pielgrzymki w 1983 r. Bez ogródek przywołał słowo: solidarność. Po mszy doszło do manifestacji, milicyjnej interwencji, pałowania. W dwudziestolecie wydarzeń marcowych poruszyła się ciżba młodzieży, która w 1968 r. ssała smoczki lub nawet nie była przez rodziców poczęta. Władza znów puściła w ruch pałki. W kwietniu wielki pochód, pod licznymi transparentami, przemierzył warszawską trasę powstania w getcie. Manifestowali również członkowie KPN, by zdementować posądzanie ich o antysemityzm. Zaraz w Bydgoszczy nastąpiła „przerwa w pracy” komunikacji miejskiej.

Zapłon zadziałał. Zaczął się strajk w Stalowej Woli, nie wiadomo: spontaniczny czy przygotowany przez podziemne struktury „S” – ale z pewnością nacechowany młodzieżowym radykalizmem. Potem stanęła Nowa Huta; żywioł...

Będzie inaczej

Fragmenty wywiadu, jakiego udzielił autorowi po strajku majowym w 1988 r. Adam Michnik

Wojciech Giełżyński: – Strajk pozostał nierozegrany. Są głosy, że był władzy na rękę, a nawet, że był przez nią sprowokowany, ażeby pokazać słabość Solidarności – to znaczy tych resztek, jakie po niej pozostały w siedem lat po stanie wojennym. A ty co sądzisz?

Adam Michnik: – Że fala strajkowa była władzy bardzo nie na rękę. Władza głosiła tezę, że w Polsce opozycja to jest kilkanaście osób, grupka salonowa. Okazało się, że jest inaczej. Fakt, że to był podmuch, a nie wichura, to był sygnał, zapowiedź, a nie realizacja, nie finał. Ale po tym podmuchu nie można mieć już żadnych wątpliwości, że bez zasadniczych, strukturalnych zmian drugi etap musi nastąpić. Podobnie jak było z Poznaniem w 1956 r.: strajk u Cegielskiego – weszło wojsko i zniszczyło, ale bez tego nie byłoby polskiego Października. A potem – gdyby nie Radom i Ursus w 1976 r. – nie byłoby Sierpnia ’80. Oczywiście, jesteśmy skazani na rozumowanie analogiami, chociaż wiemy, że one się nigdy nie powtarzają, zawsze jest n i e c o inaczej. Teraz też będzie inaczej. A jednak, co ta fala w istocie pokazała, silniej czy słabiej: że osiem lat po Sierpniu Solidarność istnieje jako nieusuwalny element polskiego krajobrazu politycznego.

Wróćmy jeszcze do tezy o prowokacji władzy. Odrzucasz ją definitywnie?

Odrzucam. Nie wierzę w taki geniusz ludzi rządzących, że byliby w stanie sterować procesami społecznymi. Nie wierzę w dynamikę procesów społecznych, kanalizowaną przez wybuchy organizowane przez komunistycznych prowokatorów.

A co sądzisz o zdaniu Wałęsy, że ten strajk był przedwczesny?

Nie wiem, jakie on strajki szykował na później, osobiście przypuszczam, że to taki jego facon de parler. Istotnie, on taką tezę formułował. I rzeczywiście, z punktu widzenia pewnej konstrukcji intelektualnej, na przykład mego własnego myślenia o dynamice zmian bloku komunistycznego, one były przedwczesne. Tylko, na miłość boską, ja jestem historykiem i wiem, że procesy społeczne się nie dzieją według pomysłów intelektualistów! Oczywiście, jak się te strajki zaczęły, to ja też zakląłem, cholera jasna, no, jeszcze pół roku trzeba było poczekać! Ale one wybuchły. I pokazały, że Polska nie jest krajem spacyfikowanym. (...)