POLITYKA

Piątek, 24 maja 2019

Polityka - nr 29 (2359) z dnia 2002-07-20; s. 50-51

Kultura

Jacek Sieradzki

Majtki w dół

Golizny sceniczne można podzielić na sensowne i bezsensowne

Wygląda na to, że już za chwilę przy naborze do szkół teatralnych przestanie się liczyć aparycja, dykcja, przyrodzone zdolności transformacyjne i ciekawe wnętrze, z którego ma kiełkować fascynująca sceniczna osobowość. (O wiedzy ogólnej nie wspomnę, nie liczyła się nigdy). Podstawowym kryterium zawodowej przydatności stanie się wyłącznie gotowość do przełamywania naturalnego wstydu – inaczej mówiąc: łatwość ściągania gaci na scenie.

Nigdy dotąd na polskich scenach nie migało tyle gołych tyłków oraz, by tak rzec, przodków – i damskich, i męskich. Co notuję nie po to, by się gorszyć. W środowisku komentatorów teatru tli się taki – często niewypowiedziany – konflikt między postawą permisywną (wszystko wolno, im śmielej, tym lepiej) a postawą ciotki przyzwoitki (ohyda, abominacja, wstyd); przy całym szacunku dla adwersarzy trudno nie zauważyć, że spierają się o rzeczy drugorzędne. Nagość w sztuce nie jest, dalibóg, ani czymś zdrożnym, ani nowym; i teatr, i film przyzwyczaiły nas do niej od lat (a sztuki piękne od wieków). Kwestią oceny jest natomiast ekonomia jej użycia, pytanie, czemu kolejna rozbieranka służy. Pytanie o tyle istotne, że obnażanie się jest wciąż mocnym znakiem emocjonalnym – choć niby tak spowszedniało. Gdy przed paru laty hiszpańska grupa La Fura rozpoczęła przedstawienie na poznańskiej Malcie wpadaniem między widzów, porywaniem „przypadkowych” osób i ściąganiem z nich odzienia, panika zdążyła niebezpiecznie zbliżyć się do granicy ...