POLITYKA

środa, 20 marca 2019

Polityka - nr 31 (3171) z dnia 2018-08-01; s. 21-23

Polityka

Malwina Dziedzic

Makroń

Z Robertem Biedroniem jest trochę tak, jak z tytułowym drozdem z powieści Harper Lee – „grzechem jest zabić drozda”, ponieważ ptaki te „nie robią żadnej szkody, tylko śpiewają dla nas z głębi swoich ptasich serduszek”. Tak przynajmniej mogłoby się wydawać.

Ludzie mu ufają, media go uwielbiają, a politycy przezornie boją mu się odwinąć, nawet kiedy bezpardonowo ich atakuje. Bo w Robercie Biedroniu, który w polskiej polityce obecny jest już od kilkunastu lat, wielu wciąż widzi potencjał politycznego debiutanta: nadzieję na nową jakość i szansę na stworzenie nowoczesnej lewicowej formacji. Ma być „polskim Macronem”, „zbawić Polskę”, zostać kolejnym prezydentem RP.

To musi łechtać ego włodarza 90-tys. Słupska, bo zdążył już obwołać się liderem opozycji („Super Express”), a także stwierdzić, że „PiS i PO boją się, iż Biedroń pójdzie w Polskę i jak się wkurzy, to założy coś, co ich zmiecie ze sceny politycznej” (RMF FM). Nie kryje, że nosi się z zamiarem powołania własnego ruchu, ale – oficjalnie – wciąż się waha. Jeździ po Polsce, promuje swoją książkę i siebie. Na spotkania z nim przychodzą tłumy; od swoich wielbicieli słyszy, że powinien coś zrobić, bo przecież „opozycja jest beznadziejna”. Umiejętnie gra na zniechęceniu części wyborców do partii politycznych i wierze, że łańcuchy światła ...