POLITYKA

Czwartek, 23 maja 2019

Polityka - nr 32 (2616) z dnia 2007-08-11; s. 69-71

Świat

Roman Graczyk

Marks, Lenin, Arlette

Nazywają ją matką Teresą proletariuszy, czasem świętą Arlettą, czasem świecką zakonnicą. W tych przezwiskach tkwi ton prześmiewczy, ale nie tylko: Arlette Laguiller budzi olbrzymi szacunek.

Brak makijażu, proste, krótkie włosy, ostre rysy, dość wydatny nos, niemodne ubrania. Jednym słowem: zero seksapilu. W twarzy Arlette można odnaleźć oschłość, a także pewną zaciętość, w jej oczach – siłę przekonań, a w nieco chropawym i jednostajnym głosie – pasję wiecznie młodej rewolucjonistki. Bo Arlette, rocznik 1940, upływ czasu jakby nie dotyczy. Jej niezmienne „travailleuses, travailleurs!” (pracownice, pracownicy!), którym to zawołaniem od trzydziestu kilku lat zaczyna swoje przemówienia, a w nich niezmiennie wzywa do walki z kapitalistami, dają poczucie, że w tym zwariowanym świecie są jednak pewne stałe punkty odniesienia.

Pochodzi z robotniczej rodziny, jej ojciec był rumuńskim imigrantem, w domu było biednie. Podjęła pracę jako bardzo młoda dziewczyna, kiedy wielu jej rówieśników – również tych zaangażowanych politycznie – studiowało. Arlette nigdy już tego nie nadrobiła. To jest defekt – bywa że specjalnie podkreślany przez jej przeciwników politycznych. Także przez dziennikarzy, którzy niekiedy dotkliwie obnażają te braki.

Zdarza się także, że właśnie jako prosta ...