POLITYKA

Niedziela, 19 listopada 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Marsz pod górę

Fizyczny atak grupek Młodzieży Wszechpolskiej i ONR na demonstrację KOD w Radomiu to może być tylko incydent albo już zapowiedź. Do tej pory w naszym życiu publicznym akty bezpośredniej przemocy były, szczęśliwie, bardzo rzadkie i ograniczały się raczej do przepychanek i szarpaniny, a głównie wyzwisk i pogróżek. Trudno powiedzieć, czy rozkręcana przez władze retoryka agresji i pogardy wobec opozycji zacznie się teraz przetwarzać w czyny, ale bez wątpienia są pierwsi chętni do przekroczenia czerwonej linii. Prawicowe młodzieżówki już poprzebierane w jakieś, stylizowane na faszystowskie, mundury rwą się do akcji, szukają okazji, by „raz sierpem, raz młotem” potraktować czerwoną lub inną hołotę. ONR i podobne organizacje, choć formalnie odrębne, pełnią rolę – jak to się kiedyś mówiło – „bijącego serca partii” i korzystają z aprobaty dorosłych towarzyszy, równie przejętych potrzebą obrony polskości i wiary (w Radomiu państwowa policja, chyba na wszelki wypadek, nie interweniowała w obronie KOD).

ONR i wszechpolacy to dziś radykalna młoda gwardia, „żołnierze wyklęci” PiS. Nawet jeśli sama partia rządząca nie planuje użycia przemocy wobec oponentów czy różnych gorszych Polaków, może jednakowoż nie zapanować nad przegrzanymi emocjami, zwłaszcza tzw. patriotycznej młodzieży. Pozostaje jakaś naiwna wiara, że rodacy są ogólnie raczej spokojni, dobrotliwi, nieskłonni do agresji, ale wiemy też, że prezes Kaczyński jest prawdziwym sztukmistrzem i potrafi wywołać w ludziach najgorsze cechy.

Akcja ONR w Radomiu niechcący zapewne zwróciła uwagę na ofiarę, czyli KOD, dostarczając dowodu, że KOD jednak żyje. Przykro, że skala już nie ta, co w ubiegłym roku, że opadł nieco entuzjazm i spontaniczność tego ruchu, ale w dziesiątkach miast i miasteczek zachowały się grupki kodowskich aktywistów, które już wkrótce mogą się okazać bezcenne, gdy przyjdzie bronić lokalnych samorządów. Zapewne jeszcze przed przyszłorocznymi wyborami samorządowymi PiS przypuści atak na niezależność obecnych władz lokalnych, stosując dobrze nam już znane narzędzia: służby specjalne, prokuratury, telewizję oraz zmiany w prawie, być może łącznie z propozycjami nowej ordynacji wyborczej i nowego podziału administracyjnego kraju, dającego pretekst do rozprawy z tym ostatnim bastionem oporu przeciwko wszechwładzy PiS.

Ponieważ lokalne organizacje partii opozycyjnych są słabe, politycznie poturbowane i często między sobą skłócone, KOD może odegrać rolę grupy wsparcia, lepiszcza antypisowskich koalicji. Reaktywacja KOD – zwłaszcza po takich akcjach jak w Radomiu – wciąż jest możliwa, ale na pokonanie PiS trzeba szukać też innych pomysłów politycznych.

Ostatnie, bardzo korzystne dla PiS, sondaże wywołały w rządzącej partii nastrój euforii i triumfalizmu. Gospodarka i budżet państwa są w dobrym stanie, wszystkie wizerunkowe miny – 90 tys. pensji p. Sadurskiej, oświęcimskie głupstwa Beaty Szydło, luksusowe samoloty dla vipów, ucieczka Berczyńskiego, wycinki Szyszki, referendum szkolne, atak na sądy i dziesiątki innych – zostały rozbrojone, przykryte lub odsunięte na bok. W dodatku nadchodzący zjazd PiS ma sypnąć nowymi hojnymi obietnicami, a do Polski przyjeżdża sam Donald Trump, co pozwoli przez parę dni państwowej propagandzie lansować, obok mocarstwowej koncepcji Trójmorza (s. 44), ideę Trójprzymierza (Polska–USA–Brexit). Ale najważniejszy chyba powód dobrego nastroju to oczywista oczywistość – jak codziennie głoszą wszystkie media PiS – że „totalna opozycja” jest pogubiona, przestraszona, bez programu, właściwie bez życia, w dodatku przebita osinowym kołkiem uchodźców. Taki obraz rzeczywistości jest rzecz jasna karykaturalny, bo badacze postaw wyborczych Polaków twierdzą, że nie nastąpił jakiś zasadniczy wzrost poparcia dla PiS, a zmienne wyniki sondaży są skutkiem przede wszystkich emocjonalnych fluktuacji po stronie antypis. Ale tu, rzeczywiście, nastroje są defetystyczne. Nadzieje, że PiS sam załamie się pod ciężarem własnej niekompetencji, afer, skandali, pazerności albo że miliony Polaków wyjdą na ulice w obronie niezależności sądów lub przeciw chaosowi w szkołach, i władza sama wpadnie w ręce opozycji, stają się coraz bardziej płonne. Ponieważ KOD w sumie rozczarował, a partie opozycyjne i jej obecni liderzy, mówiąc łagodnie, nie porywają, po stronie aktywistów antypisu trwa poszukiwanie nowej drogi, najlepiej, to absolutna sezonowa moda, „polskiego Macrona” (o kandydatach do tej roli – s. 20), który ogarnie i zbierze Milczącą Większość.

Niezależnie od możliwych wydziwiań ta intuicja polityczna wydaje się trafna. Dziś potrzebna jest niewątpliwie szersza ponadpartyjna koalicja. Skłania do tego także już układany przez PiS kalendarz wyborczy, w którym znalazły się dwie nowe pozycje: referendum konstytucyjne i referendum antyuchodźcze. Opozycja powinna na to przygotować wspólną odpowiedź i własną agendę. Może to przybrać formę jakiejś ponadpartyjnej koalicji w obronie zasad ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]