POLITYKA

Wtorek, 23 stycznia 2018

Polityka - nr 19 (2553) z dnia 2006-05-13; Polityka. Pomocnik historyczny ; s. 24-28

Adam Krzemiński

Maszynka do mięsa

Epizody pierwszej wojny

W Verdun, cichym, bezbarwnym miasteczku – niczym w jakimś upiornym Disneylandzie – drogowskazy: na cmentarz, do kostnicy, do Fortu Chwały, do wioski Fleury, do okopu bagnetów (legenda głosi, że żołnierze, którym nie pozwolono się cofnąć, zostali żywcem zasypani w czasie ostrzału). 90 lat temu przez blisko rok rozgrywała się tu jedna z najkrwawszych bitew w I wojnie światowej.

Długie szeregi żołnierskich grobów są niczym dekoracja do szekspirowskiej tragedii przed początkiem sezonu. Trzeba pojechać kilka kilometrów do Fortu Douaumont, by zrozumieć, że to nie teatr. Tam w kostnicy widać stosy starannie posortowanych żeber, piszczeli i czaszek. Niektóre są pogruchotane. Ale wszystkie mają zdrowe zęby. To resztki 130 tys. młodych mężczyzn, którzy w 1916 r. przeszli w Verdun przez maszynkę do mielenia mięsa. To tylko niewielka część ofiar tej bitwy. Trwała dziesięć miesięcy i pochłonęła niemal 700 tys. zabitych.

Verdun to miejsce traumatyczne. Dla Francuzów – symbol heroicznej i zwycięskiej obrony. Dla Niemców – symbol szaleństwa tej „nawałnicy żelaza” (Ernst Jünger), która miała im zapewnić władzę nad światem, a ściągnęła jedynie klęskę. Dla Europy – symbol „wielkiej wojny białych ludzi” (Arnold Zweig), która raz na zawsze odebrała Europie polityczny i moralny prymat w świecie. Ale dla UE – symbol francusko-niemieckiego pojednania. Zadbali o to Helmut Kohl i François Mitterrand w 1986 r. Ich zdjęcie trzymających się za ręce na cmentarzu w Verdun jest – obok fotografii Willy’ego Brandta klęczącego w Warszawie i Helmuta Kohla obejmującego Tadeusza Mazowieckiego w Krzyżowej – ikoną ducha tej Europy, która przezwyciężyła stygmaty dziedzicznych wrogości i traumatycznych urazów trzydziestoletniej wojny domowej lat 1914–1945.

Na przełomie wieków polityka ryzyka stała się dla mocarstw europejskich dyplomatycznym sportem, w którym wojskowi zaczęli się stawać głównymi rozgrywającymi. W czerwcu 1914 r. austriackie manewry wojskowe w Bośni, na które jechał austriacki następca tronu, miały być tylko demonstracją siły wobec serbskich nacjonalistów. Gdy jednak arcyksiążę został w Sarajewie zamordowany przez serbskich spiskowców, to partia wojny w Wiedniu zwietrzyła szansę, by poprzez krótką akcję karną przeciwko Serbii dodać animuszu sklerotycznej monarchii, której symbolem był zgorzkniały i zgrzybiały Franciszek Józef. Mając poparcie Berlina jastrzębie były pewne swego. Wojna będzie krótka i zwycięska.

Tak samo myślano w innych stolicach. W Petersburgu liczono na to, że wsparcie Serbii przeciwko Austrii pozwoli Rosji dotrzeć do Konstantynopola. W Berlinie – na rozerwanie koalicji francusko-rosyjskiej i sięgnięcie po hegemonię w Europie. Z kolei Paryż chciał odzyskać utracone w 1871 r. prowincje – Alzację i Lotaryngię. I wreszcie Londyn – przez chwilę zwlekał – ale w końcu stanął po stronie Francji i Rosji, by utrzymać swe imperium, któremu Niemcy, budując nowoczesną flotę wojenną, rzuciły wyzwanie.

We wszystkich stolicach sztaby generalne miały w szufladach błyskotliwe plany wojenne. Armia austriacka miała spacerkiem wkroczyć do Belgradu. Francuska – migiem dotrzeć do Renu. Rosyjska – zająć Prusy Wschodnie. Ale to Niemcy przygotowali plan najbardziej inteligentny: zamierzali Francuzów przytrzasnąć drzwiami obrotowymi. Południowe skrzydło niemieckiego frontu miało w Alzacji i Lotaryngii pozorować atak ściągając na siebie główne siły francuskie (które z natury rzeczy i tak tam właśnie powinny chcieć przejść do ofensywy), podczas gdy północne miało przejść przez neutralną Belgię, obejść Paryż od północy i spaść od zachodu na tyły armii francuskich. Zawiasem tych drzwi miała być twierdza Verdun...

Ale już w pierwszych tygodniach wojny wszystkie te plany zawiodły. Zamiast małej wojny z Serbią, Austriacy mieli na karku wielką wojnę europejską, w której spadli do roli giermków Niemiec. Francuzi utknęli na przedpolach Alzacji i Lotaryngii. A Niemcy wprawdzie przeszli przez Belgię, ale skrócili manewr okrążający i zostali zatrzymani nad Marną. Z kolei Rosjanie zostali rozgromieni w Prusach Wschodnich.

Zamiast na Boże Narodzenie wrócić do domu, miliony żołnierzy spędziło Wigilię 1914 r. w okopach. Niektórzy próbowali się bratać z wrogiem, wspólnie śpiewać kolędy. Ale wojna już stężała na dobre. Od listopada 1914 r. do marca 1914 r. na froncie zachodnim na pozór nic się nie działo, jeśli nie liczyć morderczych ataków i kontrataków akurat w tych miejscach, w których przeciwnik był najsilniejszy. Pochłaniały one w krótkim czasie dziesiątki tysięcy zabitych, ale nie przełamywały frontu. W tej wojnie obrona była skuteczniejsza niż atak.

Toteż w grudniu 1915 r. nowy szef niemieckiego sztabu generalnego generał Erich von Falkenhayn przedstawił cesarzowi Wilhelmowi II plan wykrwawienia – jak powiedział: do białego – armii francuskiej. Atak powinien nastąpić w miejscu dla Francuzów tak ważnym, by ci chcieli go bronić do upadłego. Przy czym celem nie powinno być zdobycie jakiegoś konkretnego punktu, lecz zabijanie żołnierzy wroga, falowe nasilanie ataków, by armia francuska musiała rzucać do walki wciąż nowe jednostki. To taśmowe zabijanie nosiło kryptonim Sąd (Gericht), ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Autor jest dziennikarzem „Polityki”.