POLITYKA

Sobota, 25 listopada 2017

Polityka - nr 25 (3064) z dnia 2016-06-15; s. 24-25

Polityka

Janina Paradowska

Miałeś chłopie złoty róg

Ludowcom wyborcy uciekają do PiS. Ale w PSL jest nadzieja, że jak zacznie się rozczarowanie nową władzą, elektorat wróci. Pytanie, czy partia ten czas przetrzyma.

Było tak: najliczniejsza partia, blisko 140 tys. członków, najstarsza, mająca ponad 120 lat tradycji, od 1989 r. praktycznie zawsze u władzy, z opinią takiej, która z każdym się dogada (choć różnie bywało). W dodatku potęga w samorządach wszystkich szczebli, a zwłaszcza tych od powiatu w dół. W rozmaitych agencjach rolnych panowanie praktycznie niezakłócone. I jeszcze szereg znanych liderów – od krzykliwych populistów do wyrachowanych pragmatyków. Zawsze na stanowiskach: marszałków i wicemarszałków Sejmu, ministrów. I jeszcze zaplecze: ochotnicze straże pożarne, koła gospodyń wiejskich, związkowe organizacje rolnicze.

Jest tak: tradycja i owszem pozostała, ale członków partia dopiero liczy, bo trwa kampania przed listopadowym kongresem i okaże się, kto wytrwał. Po raz pierwszy po 1989 r. w wyjątkowo zmarginalizowanej opozycji. Najmniejszy, liczący ledwie 16 posłów, klub nie ma nawet wicemarszałka Sejmu, nie przewodniczy żadnej sejmowej komisji, wyrugowano go z komisji do spraw służb specjalnych, choć wcześniej każdy klub miał w niej przedstawiciela. Dawnych liderów wyborcy z Sejmu wymietli, pozostali głównie debiutanci niemający doświadczenia w parlamentarnych grach, nierozpoznawani przez dziennikarzy. Z mediów, zwłaszcza publicznych, praktycznie zniknęli.

Dalszej dewastacji PiS dokonało w terenie. Kilkuset działaczy straciło posady w rolniczych agencjach od ręki, praktycznie jednego dnia, i to nie tylko stanowiska kierownicze. Każde mające znaczenie objęła „dobra zmiana”. Pieniądze OSP wydzielają obecnie wojewodowie, co ogranicza niezależność tej organizacji. Samej partii pieniędzy brakuje na wszystko, bo ciągle jeszcze wisi do spłacenia 6-milionowy dług, efekt zakwestionowanego przed laty sprawozdania finansowego.

O sondażach lepiej nie mówić. Ten autentyczny, bo wyborczy, był jak zły sen: 5,12 proc. głosów. Mało brakowało, aby znaleźli się pod progiem. Potem było jeszcze gorzej, po 2, 3 punkty i nic więcej. Wprawdzie do wyborów daleko, ale efekt złych notowań jest: kto będzie stawiał na słabego? Kilka dni temu po raz pierwszy od dawna w badaniu CBOS partia znalazła się na 5-proc. progu. Jest nadzieja? Jednak zasadnicze pytanie dotyczące PSL brzmi: czy partia w ogóle przetrwa?

A przecież wydawało się, że ludowcy jako pierwsi popłynęli z modnym nurtem zmiany. PSL jako pierwsze wymieniło po wyborach kierownictwo. W PO trwały jeszcze podchody, zmagania między Schetyną i Kopacz, lewica tkwiła w szoku, a już szefem ludowców został Władysław Kosiniak-Kamysz, 34-letni, bardzo dobrze wykształcony, z rodziny tradycyjnie związanej z ruchem ludowym, wysoko ceniony minister pracy w rządach PO-PSL, który zastąpił niecieszącego się zbytnim poważaniem Janusza Piechocińskiego. Nie było żadnych walk frakcji, od najwyższych władz partii dostał 90 proc. głosów poparcia. Tego w PSL nigdy wcześniej nie było. Zawsze toczyły się wojny podjazdowe, zakulisowe gry. Teraz jest spokój i raczej pytanie, czy to nie martwy spokój?

Czy lukę po dawnych liderach wypełnią młodsi, jak Krzysztof Hetman – dziś eurodeputowany, Adam Jarubas, marszałek świętokrzyski, mocno zmaltretowany po utopionej kampanii prezydenckiej. Może kobiety – Angelika Możdżanowska czy Urszula Pasławska, obie z doświadczeniem bardziej administracyjnym niż politycznym? Na razie PSL ma jedną twarz: prezesa i szefa klubu parlamentarnego Władysława Kosiniaka-Kamysza. Nawet Marek Sawicki, obok Eugeniusza Kłopotka, jedyny z tych najważniejszych, który dostał się do Sejmu, więcej uwagi zdaje się przywiązywać do własnego gospodarstwa niż do działalności publicznej.

Co więc jest problemem prezesa PSL dziś? Początkowo mówiono, że wizerunek. Zbyt mało polityczny, bez charyzmy, bo opinia nawet bardzo dobrego ministra nie dodaje jeszcze politycznej wagi wśród starych wyjadaczy. Z tym Kosiniak-Kamysz radzi sobie jednak coraz lepiej. Z sejmowego wystąpienia na wystąpienie jest coraz lepszy. Kiedyś chwalony przez związkowców i pracodawców za gotowość do kompromisu, szacunek dla każdego rozmówcy, a nawet po prostu grzeczność, teraz potrafi wyjść na trybunę i zademonstrować twardość, jak wówczas kiedy pani premier rzuciła się na opozycję z najcięższymi zarzutami, spodziewając się niepomyślnej dla Polski opinii Komisji Europejskiej. Kosiniak-Kamysz wygłosił wówczas najlepsze przemówienie, pozostawiając resztę liderów opozycyjnych w tyle.

Więc dziś już nikt nie zarzuca mu braku wizerunku politycznego. Idzie przy tym własną drogą, która niekoniecznie podoba się reszcie opozycji, uważającej, że naczelną zasadą jest dziś obrona przed państwem PiS. Patronem politycznym Kosiniaka-Kamysza był Waldemar Pawlak. To on trzydziestolatka, lekarza z zawodu, zrobił ministrem pracy i jak się okazało – miał rację, co szybko docenił premier Donald Tusk. Były minister nie ukrywa, że do dziś korzysta z rad Pawlaka, co nie oznacza braku samodzielności. W przeszłości, w wewnętrznych walkach w Stronnictwie, potrafił ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]