POLITYKA

Niedziela, 17 grudnia 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 35-37

Społeczeństwo

Aleksandra Żelazińska

Miasta na piasku (prima sort)

Wakacje w mieście to już nie wstyd, ale trend.

Naczelna zasada plażowicza: im wcześniej wyjdzie się z domu, tym większa szansa, że upoluje się leżak i ciut miejsca na piasku. W standardowym ekwipunku krem z filtrem UV, kapelusz słomkowy, stosowny kostium i już. Na miejscu grill z kiełbasą, wiadro z szampanem, DJ z muzyką. Nic, tylko wypoczywać. W dodatku coraz mniejszym kosztem, bo żeby znaleźć się w takiej scenerii, już nie trzeba wyjeżdżać nad polskie morze czy jezioro. Ani nawet za granicę. W wielu miastach w kraju zagęściło się od plaż. A im dalej od Bałtyku, tym ich więcej.

Wysyp plaż, ale też remonty i renowacje nabrzeży i promenad świadczą o tym, że polskie miasta na nowo odkrywają własny potencjał turystyczny. A mieszkańcy odkrywają Kraków, Wrocław czy Gniezno jako – jak to się mówi – destynację na wakacje. Trochę w tym lokalnego patriotyzmu, trochę mody i wygody.

Wakacje na plaży

Jeszcze parę lat temu alternatywa była jasna: morze albo góry. Spotkać rodaka w kusym stroju kąpielowym, przepasanego ręcznikiem i w klapkach, w dużym mieście to był widok rzadki i świadczący o daleko posuniętej ekscentryczności rozebranego. Dziś człowiek w kąpielówkach w centrum miasta niespecjalnie dziwi. Także plaża miejska powoli staje się typowym elementem urbanistycznego krajobrazu – i to niezależnie od tego, czy miasto ma akurat dostęp do wody, czy też go nie ma. Bo bardziej niż woda liczy się piasek i starannie wydzielony obszar z rzędami leżaków: esencja plaży znad Bałtyku.

Wygląda wręcz na to, że gdy za granicą tworzy się specjalne polskie strefy wakacyjne (POLITYKA 26), takie strefy w skromniejszym wydaniu powstają też na miejscu, w centrach i na obrzeżach miast, kumulując w sobie wszystko, o czym Polak latem marzy. I co ma na wyciągnięcie ręki, bez zatłoczonych pociągów, korków na autostradach i powszechnej kurortowej ludożerki.

Drugą, może nawet najważniejszą, zaletą jest brak kosztów. Pendolino na Wybrzeże kosztuje sto lub więcej złotych, a we własnym mieście plaża jest pod nosem. Trzecią zaś przewagą miejskich plaż jest – by tak rzec – aspekt społeczny, towarzyski. Bo o ile nad morzem chodzi głównie o to, żeby się opalić i odgrodzić, stawiając między sobą jak najwyższe parawany, o tyle plaża w mieście – trochę w kontrze – raczej integruje wczasowiczów. Łatwo też zabrać ze sobą dowolną liczbę znajomych, łatwo spotkać tych dawno niewidzianych.

No i jest jeszcze aspekt estetyczny. Plaże z widokiem na bezkresne morze czy ocean już się nieco opatrzyły. Tymczasem klimat miejskich plaż zawsze jest jakoś zależny od otoczenia, przyrody, okolicznej architektury i – hipsterskiej często – inwencji dekoratorów. Z perspektywy słynnej Poniatówki ogląda się więc zarys stołecznych wieżowców. To o tym krajobrazie pisał „The Guardian” przed rokiem, że kiedy „światła mostu Poniatowskiego rozświetlają plażę wieczorową porą, to staje się ona jednym z najbardziej klimatycznych miejsc nad Wisłą”. Plaża usypana na drugim brzegu tej samej rzeki wkomponowuje się w sąsiedztwo Muzeum Sztuki Nowoczesnej i Centrum Nauki Kopernik – a to dwa niesztampowe budynki. Z kolei wrocławska, nadodrzańska ZaZoo Beach Bar (to zarazem nazwa knajpy) powstała tuż obok ogrodu zoologicznego, któremu notabene zawdzięcza swoją nazwę. Muzyka płynie tutaj z głośników, ale dźwięki dobiegają też zza murów zoo, od zwierząt. I jest w tym o dziwo jakaś harmonia.

Wakacje pod palmami

W całej Polsce mamy tych miejskich plaż już dziesiątki – we Wrocławiu i Warszawie, Poznaniu, Toruniu, Bydgoszczy, Gnieźnie, Olsztynie, Białymstoku, Krakowie, Rzeszowie, Kaliszu, Sochaczewie i Wołominie. Bez mała – wszędzie. Nad Wisłą, Odrą, Wartą, ale i w samych centrach miast – usypane na rynkach, rozłożone jak dywany między kamienicami i koło ratuszy. Otwarte zwykle od maja lub czerwca do końca lata, są namiastką jakiejś południowej egzotyki. Doceniane m.in. przez „National Geographic”, nasze, swojskie miejskie plaże lądują wręcz w zestawieniach najlepszych plaż kontynentu – jak warszawska Poniatówka.

Na wielu – jak ZaZoo – tego lata nie ma gdzie postawić stopy, jeśli dotrze się nie w porę, czyli po południu. Ale miejskie plaże, w przeciwieństwie do nadmorskich, jeszcze można rozciągać. Wrocławska w najbliższym czasie ma się powiększyć trzykrotnie, osiągając powierzchnię 3 tys. m kw.; będzie jedną z największych miejskich plaż w regionie. Tak po prawdzie jej właściciele już zdążyli pobić własny rekord. W rejonie Hali Orbita i mostu Milenijnego otworzyli w tym roku plażę HotSpot o powierzchni, bagatela, 14 ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]