POLITYKA

Poniedziałek, 18 grudnia 2017

Polityka - nr 19 (3058) z dnia 2016-05-04; s. 8

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Mięczakom już dziękujemy

Prokuratorski pomysł, aby pani premier weryfikowała orzeczenia TK, wykracza daleko poza konstytucyjne pomysły PiS, nawet poza praktykę PRL.

Be-a-ta! Be-a-ta! – entuzjastycznie skandowali parlamentarzyści PiS. Oklaski też oczywiście były. Co się stało? Czyżby prezes zmienił zdanie o szefowej rządu, której na obecnym stanowisku wieszczy się żywot ograniczony? Czy też w szeregach PiS rodzi się bunt przeciwko liderowi, który ostatnio panią premier ponoć spod drzwi z partyjnej siedziby przy Nowogrodzkiej odprawił w 6 minut, jak wyliczały media? Ależ skąd. To w PiS narodziła się nowa Be-a-ta, Be-a-ta. Nowa gwiazda, mająca nad dotychczasową tę przewagę, że jak coś powie, to już powie. Tak, że każdy zrozumie. Jeżeli kobieta samotna chce dostać 500 zł na dziecko, niech sobie życie ureguluje i dzieci po bożemu rodzi. Jak Sąd Najwyższy uzna, że będzie stosować się do wyroków Trybunału Konstytucyjnego i wzywa do poszanowania konstytucji wszystkie sądy, to zaraz wyjaśni, że to tylko zespół kolesi broni swoich i starego porządku. I już wszystko jasne. Jak takiej kobiety nie kochać?

Normalny parlamentarzysta musi trudzić się nad przekazem dnia i wyjaśniać obszerniej, że ci wszyscy, którzy nie z PiS, to zdrajcy, zaprzańcy, którzy nie mogą pogodzić się z utratą władzy i wolą narodu wyrażoną w wyborach. A rzeczniczka Beata dwoma słowami sprawę załatwia: zespół kolesi i już. Brzmi swojsko, znajomo. Co to zespół kolesi, każdy w PiS dobrze wie, bo akurat każdy kolesiowskie sprawy, głównie na majątku państwowym, załatwia, a więc sprawa jest przejrzysta. Pani Beata Mazurek ze swoim naturalnym wdziękiem, bezpośredniością i usłużnością wobec szefa niewątpliwie daleko zajdzie.

Pani premier o sygnatariuszach listu otwartego opisującego obecną sytuację w słowach prawdziwych (choć rzeczywiście twardych, bo na takie przyszedł już czas) i apelującego o poszanowanie konstytucyjnego porządku, wyraża się – „ci panowie”. W gronie sygnatariuszy są wprawdzie byli prezydenci, wybitni działacze opozycji, ale czy to ma znaczenie, gdy wszystko co po 1989 r. unieważniamy? Zdecydowanie lepiej od pani premier i pana wicepremiera od kultury („To jest opinia tych trzech panów i pewnie paru innych osób i ja się z tą opinią nie zgadzam”) spisał się poseł senior Kornel Morawiecki, stwierdzając, że list otwarty jest na granicy zdrady państwa. Najmocniej zaś rzecz ujęli byli radykalni działacze Solidarności, z państwem Gwiazdami na czele, którzy autorów uznali za raka i wrzód na zdrowym ciele, za tych, którzy zagrażają naprawdę demokratycznemu porządkowi, bo zawsze jako zaprzańcy lizali trony Moskwy. To nagromadzenie porównań i epitetów sprawiło, że list dawnych działaczy trwale zapisze się na kartach polskiej epistolografii. Szczęśliwie sami działacze byli raczej w tle w latach 90., kiedy decydował się kształt polskich przemian. Gdyby byli na czele, niewątpliwie zamiast Okrągłego Stołu, który z niezmiennym zapałem od lat obalają, mogliśmy mieć, być może, krwawą jatkę.

Z realną rzeczywistością wielu ma zresztą kłopoty. Nawet pan prezydent, który od jakiegoś czasu zmierza podobno do samodzielności. Prezydent Duda przyjął ślubowanie od kolejnego pisowskiego sędziego Trybunału Konstytucyjnego, wybranego wprawdzie prawidłowo, ale w okolicznościach dość bulwersujących. Pan prezydent bardzo zadowolony uznał, że oto wreszcie Trybunał może działać, bo ma już pełny, 15-osobowy skład. Czyli problem Trybunału Konstytucyjnego został wreszcie rozwiązany. Wszystko byłoby rzeczywiście bardzo optymistyczne, gdyby Andrzej Duda nie pomylił się w rachunkach i to w dość prostym dodawaniu. Niestety, pan prezydent ciągle jeszcze ma nadwyżkę w osobach trzech sędziów, wybranych zgodnie z prawem, co orzekł tenże Trybunał i to wyrokiem, którego nawet głowa państwa zakwestionować nie może, został bowiem opublikowany. W realnej rzeczywistości nadal trzy miejsca w TK są nieobsadzone, bo prezes prof. Andrzej Rzepliński żadną miarą nie może dopuścić do orzekania trzech sędziów pisowskich, których wybór był, w wersji dla władzy najbardziej łagodnej, wątpliwy, a tak naprawdę był polityczną hucpą. Tak więc prezydent nie tyle problem rozwiązał, co go jeszcze bardziej zapętlił. Przyjmując ślubowanie, prezydent pouczył Trybunał, że ten nie może wybierać sobie przepisów, na podstawie których działa. Nie było to sformułowanie szczęśliwe, bo natychmiast wypada odpowiedzieć, że nawet pan prezydent nie może sobie wybierać, od kogo przyjmie ślubowanie, a od kogo nie, w zależności od humoru prezesa Kaczyńskiego.

Okolicznością łagodzącą dla prezydenta nie może być fakt, że dziś każdy urzędnik, a nawet prokurator niższego szczebla wie, w jakim składzie i w jakich sprawach Trybunał Konstytucyjny może obradować. Na przykład Prokuratura Okręgowa Warszawa Praga uznała, że premier nie naruszyła żadnego przepisu, nie publikując orzeczenia TK, a więc śledztwa nie będzie. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]