POLITYKA

Niedziela, 18 sierpnia 2019

Polityka - nr 28 (2306) z dnia 2001-07-14; s. 78-79

Społeczeństwo / Obyczaje

Monika Mikołajczuk

Między Kantem a Wolterem

Janusz od ośmiu lat żyje w leśnym szałasie

– To nie była instynktowna decyzja, to było natchnienie – wyjaśnia 50-letni Janusz Mames, od ośmiu lat mieszkaniec szałasu w lesie pod Mińskiem Mazowieckim. Uważa się za szczęściarza, bo jest wolny jak nikt inny na świecie. Od żony, od podatków i od poczucia winy. Regina – kobieta jego marzeń – przychodzi czasem do lasu pod postacią anioła.

Policjanci z komisariatu w Dębem Wielkim znają Janusza od lat i mają o nim nie najgorsze zdanie. Traktują jak każdego innego obywatela, a że skargi na niego nikt w powiecie nie składa, więc i władza się nie czepia. Chyba że chce mu pomóc. Tak jak dwa lata temu, kiedy mróz sięgał dwudziestu stopni. Kilkunastu funkcjonariuszy otoczyło wówczas posiadłość Mamesa. Trafił do noclegowni Miejskiego Ośrodka Pomocy Społecznej w Siedlcach, ale wieczorem był już u siebie – w domu, ulepionym z ziemi, igliwia, tektury i czarnego płótna po złamanych przez wiatr parasolkach.

Pachnie tam mokrym mchem i żywicą. Do szałasu prowadzi wąska ścieżka, znaczona smugą puszek po piwie, zużytych konserw, pudełek po papierosach. Szałas ma powierzchnię dwa na trzy metry, wysoki jest na metr pięćdziesiąt. Wciśnięty pomiędzy cztery sosny, od wschodu podparty wątłą brzozą. – Ja się jeszcze nie ogoliłem – tłumaczy Mames trochę spłoszony. – Jak uzbieram trochę puszek, to sobie kupię nową żyletkę ...