POLITYKA

Niedziela, 19 maja 2019

Polityka - nr 44 (3083) z dnia 2016-10-26; s. 108-113

Na własne oczy

Marta Mazuś

Miejsce na policzku, po lewej stronie

Na wsi inna jest śmierć niż w mieście. Uczy się doktor Paweł Grabowski tej prawdy każdego dnia od nowa. Każdego dnia od pięciu lat, od kiedy jego domowe hospicjum działa 40 km na wschód za Białymstokiem.

Od początku nic nie było tu tak, jak sobie zaplanował. Jako wykształcony i wyspecjalizowany w chirurgii szczękowo-twarzowej i medycynie paliatywnej lekarz, porzucający Warszawę na rzecz prowincji, chciał osiąść bliżej Supraśla, tam gdzie muzeum ikon. Ale w końcu wyszła wieś Nowa Wola i budynek starej szkoły dzielony z tutejszym batiuszką Jarosławem, który robił w niej warsztaty terapeutyczne dla upośledzonych.

Po dwóch latach był już skompletowany zespół – doktor Paweł, dwie pielęgniarki, psycholog i fizjoterapeuta – oraz potrzebny sprzęt medyczny do wypożyczania: inhalatory, wózki inwalidzkie, koncentratory tlenu. Brakowało tylko dofinansowania z NFZ. Błędy formalne we wniosku, dyrektor cmokał, że nic więcej nie da się zrobić. Kontrakty na usługi dostały hospicja w Białymstoku, choć tak naprawdę dopiero na wschód od niego zaczyna się hospicyjna biała plama w regionie. Mnóstwo starych i chorych po wsiach, do których dojechać można tylko szutrową drogą.

Miało to wszystko w związku z tym nie przetrwać. Ale od ...